Menu

podróże codzienne

Notatki z podróży przez czas...

Woody Allen jak dobre wino...

monillion

I jeszcze parę słów o ostatnim filmie Woody Allena „Whatever works”, który w Polsce pokazywany jest pod mało udanym tytułem „Co nas kręci, co nas podnieca”. Mam nadzieję, że zdrowie jeszcze długo będzie Allenowi dopisywać, a życie będzie go kręcić i podniecać, bo bez jego nowych filmów świat trochę przygaśnie. „Whatever...” jest kolejną rozprawką genialnego reżysera na temat „jak żyć”, przygotowaną jak zwykle ze słuszną dawką humoru, ironii i dystansu do samego siebie. Allen posiada umiejętność zapisania uniwersalnych problemów (i paradoksów) ludzkiej kondycji w prostej, pozornie przypadkowej anegdocie. To chyba największa tajemnica jego geniuszu. Mnie najbardziej zachwyca ta lekkość z jaką rysuje intrygę i buduje napięcie. Często sprawia wrażenie, że po prostu ustawia kamerę na ulicy i natychmiast wyławia w jej kadrze ciekawych bohaterów. Podsłuchuje ich rozmowy i z najbardziej banalnych tematów wyciąga to, co śmieszne i absurdalne. W „Whatever works” zwraca się bezpośrednio do widowni – jak aktor ze sceny, co sprawia, że akcja filmu zawarta jest w podwójnym cudzysłowiu, a główny bohater choć pozostaje na ekranie, jest trochę po naszej stronie, siedzi obok w fotelu i narzeka na świat i ludzi. Widzi wszystko przez pryzmat swojej nieprzeciętnej inteligencji, doświadczeń i wiedzy. Problem w tym, że główny bohater nie lubi ludzi, nie ma cierpliwości do ich ułomności i wyborów. Nie chce mieć z ludźmi nic wspólnego, woli żyć w izolacji, nieustannie złorzecząc tępym przedstawicielom rasy, do której należy. Nagle zupełnie przypadkowo w życie starego piernika wkracza urocza, naiwna i niezbyt rozgarnięta dziewczyna z Południa, która prosi go o pomoc. Tak to się zaczyna, a jak się kończy, to trzeba zobaczyć w kinie. Ten film uczy, bawi i wzrusza. Opowiada o tolerancji – i konsekwencjach jej braku. A wszystko to prosto ze stolicy tolerancji, jaką jest Manhattan, który jest ukochanym domem reżysera. Nowy York to miasto szczególne. Wystarczy tam trochę pomieszkać, poczuć zapach pieczonych kasztanów, sprzedawanych zimą na Piątej Alei, posłuchać muzyków w metrze, pochodzić do jazzujących restauracji w West Village, przespacerować się wśród skateboardowców w Central Parku albo przejść się wąskimi uliczkami Soho... na chwilę dać się wciągnąć w ten rytm. Wystarczy kilka tygodni, by stać się nowojorczykiem (mnie zleciało tam kilka lat), by już do końca o tym mieście pamiętać i przesiąknąć tym, co dla ducha \\\'niujorku\\\' fundamentalne - tolerancją. Jak mówili mi moi amerykańscy przyjaciele „Once a New Yorker, Always a New Yorker”.

© podróże codzienne
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci