Menu

podróże codzienne

Notatki z podróży przez czas...

O szatanach w różnych miejscach czynnych...

monillion

 

Jak zwykle każdy wywiad z Januszem Głowackim jest  źródłem cytatów, bon motów i anegdotek. Tym razem taka: „Do Voltaira na łożu śmierci przyszedł spowiednik i mówi: Wyrzeknij się szatana! Na to Voltaire : to nie jest dobry moment na przysparzanie sobie wrogów...”

Oglądałam wczoraj na YouTube film zrobiony przez kanał telewizyjny Discovery pt. "Katastrofa w Czernobylu". Z młodości pamiętam, że w elektrowni nastąpiła awaria, wybuchł reaktor i doszło do ogromnego skażenia. Nie wiedziałam jednak, że awarię wywołali pracujący tam inżynierowie, a konkretnie jeden z nich, niejaki Diatłow, który wiele lat wcześniej podobno był sprawcą wypadku przy innym reaktorze. Wtedy Diatłow  uległ ogromnemu napromieniowaniu, co przyczyniło się bezpośrednio do śmierci jego syna, który oczywiście też został skażony i w konsekwencji zachorował na białaczkę. Właśnie w tym wydarzeniu autorzy filmu upatrują przyczyn skrzywienia osobowości Diatłowa, który pokazany jest jako zacięty, rozgoryczony despota, nie przyjmujący krytyki ze strony podwładnych, mimo, że podejmuje coraz bardziej błędne i ryzykowne decyzje. To on owej pamiętnej nocy  z 25 na 26 kwietnia 1986 roku dowodzi ekipą przeprowadzającą test bezpieczeństwa na nowym reaktorze.

Dziś po lekcji jaką świat otrzymał w Fukushimie, łatwiej jest zrozumieć to, co się stało wtedy w Czernobylu. Oczywiście sam Diatłow, gdyby nawet bardzo chciał nie potrafiłby wywołać tak ogromnej katastrofy. Pomogły mu w tym stosunki służbowe panujące wśród pracowników elektrowni, które uniemożliwiały skuteczny sprzeciw wobec czyjejś brawury, nieprzestrzeganie podstawowych procedur oraz wada techniczna reaktora, o której pracownicy nie mieli pojęcia.

Wstrząsające są filmowe zapisy z akcji ratunkowej, gdy zorientowano się w rozmiarach katastrofy i  władze w panice rzuciły na czarnobylski front tysiące ratowników, ściągniętych z innych regionów. Na zdjęciach widać jak ludzie ubrani w zwykłą odzież, bez specjalnej ochrony, właściwie gołymi rękami zasypują krater reaktora, by zmniejszyć promieniowanie.

I na koniec archiwalny fragment wywiadu, jakiego udzielił przed śmiercią Diatłow, jeden z nielicznych pracowników elektrowni, którzy przeżyli katastrofę. Został skazany, o ile pamiętam, na 10 lat łagru, skąd ze względu na stan zdrowia zwolniono go po odbyciu jednej trzeciej wyroku.  Gdy kamera przygląda mu się z boku Diatłow wygląda jak zasuszona mumia, wiór człowieka, który rozpaczliwie ucieka od własnej winy. Podobno do końca życia powtarzał, że wszystkiemu winne były wadliwe instrukcje podane przez twórców reaktora. Nigdy nie przyznał się do tego, że podjął wtedy błędne decyzje...

Właśnie przeczytałam o kolejnej awarii czeskiego reaktora w Dukowanach. Chyżo sprawdziłam na mapie, gdzie też te malownicze Dukowany leżą i okazuje się, że pod Brnem, czyli tuż za plecami wiedeńczyków, którzy przecież wielokrotnie publicznie manifestowali brak entuzjazmu dla czeskiej inwestycji.

© podróże codzienne
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci