Menu

podróże codzienne

Notatki z podróży przez czas...

O dobrych Niemcach w czasach złych...

monillion

            W zeszłym tygodniu na zlecenie Newsweeka pisałam o stereotypach funkcjonujących po obu stronach Odry. Dzięki temu miałam przyjemność rozmawiać z kilkoma mądrymi osobami- historykami, politologami i znawcami relacji polsko- niemieckich. Przy okazji jeden z nich, historyk starszego pokolenia, profesor Tomasz Szarota, polecił mi książkę pt. „Dziesięciu sprawiedliwych” , wydaną przez Więzi w 1986 roku. Jest ona zbiorem opowieści Polaków, którzy w czasie wojny mieli wyjątkowe szczęście trafić na „ludzkich” Niemców i w efekcie zostali ocaleni od śmierci lub ich los, w jakiś inny sposób, uległ poprawie. Te okupacyjne wspomnienia zebrał Jan Turnau, który we wstępie do książki pisze o jej genezie.

Okazuje się, że powstała ona z listów, nadesłanych do redakcji Tygodnika Powszechnego, Gościa Niedzielnego i Więzi w odpowiedzi na apel publicysty, zamieszczony na łamach. Listów przyszło zaskakująco dużo i teraz, gdy już jestem po lekturze połowy z nich, widzę, że wielu ludzi, chciało w ten sposób podziękować tym, którzy w samym środku piekła i potwornej okupacyjnej nocy, umieli zdobyć się na ludzki gest, na pójście pod prąd, czasem nawet ryzykując własne dobro. Ciekawe, ile jeszcze jest takich historii nieopowiedzianych...

            Dla mnie każdy z tych przypadków jest niesamowity - mimo racjonalnego oglądu sprawy, zakładającego, że w masach morderców i zbrodniarzy, statystycznie rzecz biorąc, musieli znaleźć się „normalni”. We mnie każda taka historia rozbija  ulepiony w dzieciństwie obraz hitlerowskiego potwora, łapiącego małego, żydowskiego chłopczyka za nóżki i rozbijającego jego głowę o mury getta w Warszawie. Albo innego strzelającego do więźniów w Auschwitz, albo kolejnego rozstrzeliwującego ludzi nad świeżo wykopanym dołem w lesie lub pod murem w Krakowie, Łodzi czy Gdańsku. Potwór ów miał tyle twarzy, ile opowieści o nim czytałam i słyszałam w dzieciństwie.  Miał ich wiele...  Wystarczyło na to, by pojawiał się czasem w moich snach, na ogół w scenie, którą wiele lat później zobaczyłam w izraelsko-palestyńskiej współprodukcji pt. „Kołysanka”.  W tej scenie ów potwór w mundurze i charakterystycznym garnku na głowie goni mnie po lesie z psami. Sen jest o tyle nieprzyjemny, że przesiąknięty przeświadczeniem nieuchronnej, zbliżającej się tragedii. Moje nogi zbyt wolne, ołowiane, spętane strachem.

            Potem, gdy byłam w Stanach pamiętam scenkę z pewnego manhattańskiego baru, gdzie beztrosko popijając piwko, rozmawiałam z moimi amerykańskimi przyjaciółmi o różnicach w treści naszych koszmarów dzieciństwa. Podczas, gdy ich prześladowały czarownice z Oz lub tolkienowskie smoki, na mojej szerokości geograficznej – tę rolę pełniły owczarki alzackie i ich umundurowani właściciele.

            Dlatego chyba tak fascynują mnie owe niezbyt liczne historie z nazistą w roli głównej, a  w książce, o której piszę, jest ich kilkadziesiąt. Między innymi fragment opowieści żołnierza Wermachtu wracającego z frontu wschodniego, opisującego bestialstwa niemieckiej armii. Na koniec człowiek ten mówi: „Jeśli Bóg nas nie ukarze za to, co robimy, przestanę wierzyć w Boga.”

 

© podróże codzienne
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci