Menu

podróże codzienne

Notatki z podróży przez czas...

Finał Euro widziany z Barcelony

monillion

            W Hiszpanii coraz gorzej - przeczytałam właśnie na portalu TOK FM. Ekonomiczne dane trudno podważać, ale z moich weekendowych oględzin wynika, że  takiego “coraz gorzej” jakie prezentuje, na przykład, Barcelona, można by szczerze życzyć , na przykład, Warszawie.

            Stolica Katalonii tętni życiem i radosną atmosferą wiecznych wakacji. Ulice są pełne turystów, bary – spragnionych,  restauracje - głodnych, a sklepy  - chętnych do wydania uciułanych euro. Architektoniczne pomysły Gaudiego nadal zachwycają, Sagrada Familia jak zwykle w budowie, a Rambla niezmiennie pełna ludzkiej masy, podążającej we wszystkich możliwych kierunkach. Nie ma śladów żadnego kryzysu, a przynajmniej takie są pozory, które być może mylą.

            Tymczasem w tych ładnych katalońskich dekoracjach przyszło mi przeżyć finał Euro 2012 i przyznam, że jeszcze teraz po powrocie,  gdy piszę te słowa w Warszawie, mam w głowie refren „ Campeones, campeones, oe, oe, oe!!!” Tak, w katalońskim nie piszą ‘l’ w słowie ‘ole’ – podobnie jak nie lubią corridy,  nie trawią Realu Madryt i nie podpisują się pod hasłem Espania. Katalończycy są niepokorni, osobni i oryginalni, dlatego, jak wierzę,  finał Euro 2012 Barcelona powitała w swoim stylu:  ulewnym, tropikalnym deszczem, który skutecznie przegnał wszystkich zainteresowanych z zon kibica, zorganizowanych pod gołym niebem.  Deszcz lał przez cały mecz i skończył się wraz z ostatnim gwizdkiem sędziego. I wtedy na ulicach zapanowała radość – (było nie było, w kadrze Hiszpanii jest aż siedmiu zawodników Barcy). Trzeba dodać, że wśród tłumów szalejących na Placa Catalunya oraz wściekle i radośnie trąbiących w przejeżdżających autach- widziałam tylko flagi Hiszpanii, czerwono- żółte prostokąty, które w jednej chwili załopotały na wszystkich ulicach tego kraju.

            Najgoręcej oczywiście łopotały w Madrycie, który balował przez dwie doby, witając swoich campeones tłumami na ulicach.  Madryt, jak wiadomo, ma to już wszystko mocno przećwiczone -  w końcu robią to trzeci raz w ostatnich sześciu latach. Wszyscy już wiedzą, gdzie najlepiej się ustawić, co robić i czego się spodziewać. Spontaniczny, ale zarazem świetnie przygotowany show oglądać można było na wszystkich stacjach telewizyjnych i radiowych przez dwa dni non stop. Telewizje też już wiedzą, co robić – dziennikarze od rana najeżdżali miasteczka i wsie w celu przeprowadzenia wywiadów z  dziadkami, wujkami i sąsiadami z dzieciństwa, każdego po kolei z cudownych synów Hiszpanii.

            W Barcelonie było jakoś spokojniej. Przede wszystkim podkreślano, że sukces ekipy Del Bosque ma swoje źródła ‘wiadomo gdzie’, skąd zaczerpnął nie tylko podstawę swojego składu, ale również ducha i styl. „El equipo es una fotocopia de alma barcelonesa” – napisał w komentarzu dla El Periodico,  Sergio Xavier, a    „epicentrum  futbolowego trzęsienia ziemi, powodującego tektoniczne ruchy na całym świecie” znajduje się ... oczywiście, na Camp Nou.  Bohater narodowy, Iniesta Andres, tłumaczył zaś, że wygrali, bo  „jugamos muy rapido el balon y fuimos agressivos para attacarles”.  Z tego wywiadu dowiedziałam się więc, że Hiszpanie grali w balona, a nasi w piłkę, ale wyszło jakby odwrotnie, co z kolei nawraca me myśli ku pewnej refleksji, od której nie mogłam się opędzić, oglądając hiszpańską radość zwycięstwa.

            Czułam się trochę jak człowiek, który przez dwadzieścia lat nie jadł słodyczy, a zagoniono go do zwiedzania fabryki Wedla, albo ten, co nie pił od trzech dni, a robi inspekcję browaru i w żadnym z tych przybytków nie może niczego spróbować. Niby fajnie, ale to jednak iberyjskie świętowanie było. A u nas ? Lato w pełni... niestety.   

© podróże codzienne
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci