Menu

podróże codzienne

Notatki z podróży przez czas...

O tym, czy los Hitlera rozstrzygał się na Manhattanie...

monillion

Czytam właśnie świetną książkę Andrew Nagorskiego „Hitlerland–jak naziści zdobywali władzę”, napisaną na podstawie relacji amerykańskich dziennikarzy, mieszkających w Berlinie i Monachium w okresie międzywojnia. Oglądanie ówczesnych Niemiec z ich prespektywy jest zajęciem podwójnie fascynującym. Po pierwsze, ze względu na możliwość konfrontowania tamtych opinii z tym, co się wydarzyło w Europie później, a po drugie ze względu na egzotyczny  punkt widzenia ludzi zza oceanu, którzy postrzegali Berlin lat 20tych nie tylko jako centrum sztuki i światowego życia tamtej epoki, ale też, nie bez powodu, jako  himalaje obyczajowego liberalizmu i seksualnego wyzwolenia...

  Okazuje się, że Hitler wywoływał u nich skrajnie różne emocje. Wielu  go lekceważyło, uważając za niewykształconego szaleńca, który kieruje ruchem bez znaczenia. Na pierwszy rzut oka, jak pisał korespondent NY Evening Post, H.R. Knickerbocker, Hitler przypominał „śmiesznie wyglądającą karykaturę samego siebie”. I nie chodziło tylko o idiotyczny wąsik i fryzurę, ale też „o wyraz twarzy, a szczególnie puste spojrzenie i głupawy układ ust...  Innym razem zaciskał wargi tak mocno, a przy tym tak bardzo uwydatniała mu się szczęka, że znowu wyglądał głupio, jakby grał w teatrze”. 

Z kolei Amerykanin, Ernest Hanfstaengl, zwany Putzim, wspominał: „ w ciężkich buciorach, ciemnym garniturze i skórzanej kamizelce, (...) zaokrąglony w biodrach co nadawało jego sylwetce dziwnie kobiecy wygląd (...), z dziwacznym wąsikiem nie wyglądał zbyt imponująco, jak kelner z dworcowej restauracji”. Jednak Putzi zmienił zdanie z chwilą, gdy Hitler zaczął przemawiać w monachijskiej sali Kindlkeller, wywołując ogromny entuzjazm  zgromadzonych tam słuchaczy.  Oczarowany jego oratorskimi popisami i pewnością siebie, Hanfstaengl uznał Hitlera za niezwykle ważnego i obiecującego polityka, który może uratować pogrążone w kryzysie Niemcy. 

Przyszły fuhrer ujął też swoim zachowaniem żonę Putziego, która z przyjemnością, akceptowała wyjątkową skłonność ‘pana Hitlera’ do częstych wizyt z kwiatami w ich domu. „Był ciepłą osobą” – mówiła w wywiadzie nagranym pod koniec jej życia- „Jedna rzecz była w nim szczegónie ujmująca: wyraźnie lubił dzieci lub dobrze udawał.” Podobno wujek Dolfi był „fantastyczny” dla ich syna. Jedyna wada jaką dostrzegała, to jego nadmierna gadatliwość i niedopuszczanie innych do głosu. To, że nieustannie „pieklił się na Żydów” tłumaczyła wyrozumiale złymi doświadczeniami wujka Dolfiego z przeszłości.

Ian Kershaw w świetnej biografii Hitlera pisał,  że o jego sukcesie w dużej mierze zadecydowało wrażenie, jakie robił na niemieckich kobietach. I to jest zadziwiające...  Jak mógł im się podobać facet o wyglądzie prowincjonalnego golibrody? Czym je uwiódł? Podobno głosem. Z zachowanych nagrań trudno w to uwierzyć, ale może te, które słyszałam, pochodzą z czasów, gdy już się mocno rozkręcił i zamiast przemawiać, wrzeszczał.

Mogę zrozumieć, że pociągnął Niemców za sobą obietnicą wyjścia z kryzysu i totalnego psychicznego dołu, w jakim znaleźli się po pierwszej wojnie światowej, ale nijak nie pojmuję, czym oczarował te kobiety. Jak się okazuje, jedna z nich, wspomniana wyżej, żona Putziego, Helen, miała decydujący wpływ na losy Europy.

Otóż w roku 1923 Hitler zainicjował  dość amatorską próbę przejęcia władzy (tzw. pucz monachijski), która, jak wiadomo, skończyła się całkowitą porażką. Gdy po nocy spędzonej na wiecu w bawarskiej piwiarni, buntownicy postanowili przemaszerować do centrum miasta, policja otworzyła ogień, skutecznie rozpędzając demonstrację. Hitlerowi udało się wydostać z Monachium podstawionym wcześniej samochodem, który jednakowoż się zepsuł, nieopodal wiejskiego domku Hanfstaenglów. W środku nocy Helen usłyszała pukanie, a gdy otworzyła drzwi, zobaczyła lekko rannego i kompletnie załamanego Hitlera. Z jej relacji wynika, że spanikowany wujek Dolfi stracił wiarę w siebie i w sens dalszych działań. W pewnym momencie złapał za pistolet i z okrzykiem ‘wszystko stracone’ przyłożył lufę do skroni. I w tym momencie Helen go  powstrzymała. 

Zamiast siedzieć cicho, albo przynajmniej zamknąć oczy i zawołać: „Tak, Dolfiku, ciągnij za spust, bo jak umrzesz dziś, to może chociaż zostaniesz męczennikiem swojej sprawy. Możesz teraz  uratować Niemców przed największym blamażem drugiej ery, a równocześnie ocalić miliony ludzkich istnień. Bóg ci to policzy na plus, gdy osądzi twoje krótkie życie. Wal w łeb, tylko przypadkiem, niech ci rączka nie zadrży.” Tymczasem głupia pociesza go i przekonuje, że jest wszędzie potrzebny, a Hitler ochoczo rezygnuje z przeprowadzki na tamten świat.

Podobno się do niej trochę zalecał, był aseksualny i na odległość pachniał impotencją, ale, jak wiadomo, afekt niewiastom schlebia, a adoratorów nigdy nie za wiele, nawet jeśli są fatalnie niewydarzeni. Trochę rozczulają i poprawiają humor w gorsze dni. Gdyby nie jej zauroczenie zdziwaczałym absztyfikantem, może historia nie zapisałaby w swoich rocznikach  milionów ofiar drugiej wojny światowej, bo wszystko potoczyłoby się inaczej.

Podobno państwo Hanfsteangel poznali się w Nowym Jorku. Helen weszła do jakiegoś sklepu przy Piatej Alei, gdzie dojrzał ją Putzi i zachwycił się jej olśniewającą urodą. Pobrali się rok później, a następnie  wyjechali do Monachium.

A gdyby tamtego lipcowego popołudnia Helen, zamiast kupować cholerne buty, poszła z matką do Central Parku? Może nie spotkałaby Amerykanina niemieckiego pochodzenia, nie wyjechałaby do Europy, nie spotkała Hitlera i nie uratowała go od samobójczej śmierci?

Zawsze zastanawia mnie,  czy decyduje przypadek czy przeznaczenie...

 

 

 

© podróże codzienne
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci