Menu

podróże codzienne

Notatki z codziennych podróży przez czas...

Czego nie wie połowa Polaków, czyli kołowania we mgle ciąg dalszy...

monillion

              Wydawałoby się, że już nie da się tego słuchać. Ile razy można powtarzać te same argumenty i odbijać się od tej samej ściany? A jednak, za każdym razem, gdy temat wraca, zamiast wyłączyć radio, po raz setny oburzam się na to, co redaktor Waldemar Kuczyński nazywa wprost: łajdactwem. W poniedziałek znów o nim dyskutowano w programie Dominiki Wielowiejskiej, która, oprócz rzeczonego redaktora, zaprosiła do TOK FM Romka Kurkiewicza i dyrektora TVP Historia (z nowego nadania), Piotra Gursztyna.

Kuczyński ma rację. Łajdactwem potwornym jest manipulacja faktami i ludzkimi umysłami, która trwa od chwili, gdy politycy PiSu wpadli na pomysł wykorzystania wypadku lotniczego do walki politycznej. Właściwie nie wiadomo, kto jest autorem tego sukcesu. Czy wpadł na to sam Kaczyński, czy też ktoś podsunął mu ten pomysł dyskretnie, tak, by nie być posądzonym o manipulacje? – „PO musi za to zapłacić, prędzej czy później! Naszą rolą, panie prezesie, jest dopilnowanie, by stało się to jak najszybciej. Zbrodnia musi być ukarana…”

A może doszło do tego w otwartej rozmowie – „Mamy tu badania zaufanej pracowni. Tam są nasi ludzie, panie prezesie, i oni mówią, że nic tak nie nakręca nam poparcia, jak zamach smoleński. Wprawdzie na zamach nie ma dowodów, ale możemy pójść tropem niejakiego Rumsfelda, tego, co pomagał Bushowi wjechać do Iraku. – Co masz na myśli, Adamie? – prezes uniósł wzrok z nad Gazety Polskiej. – Rumsfeld powiedział, że „brak dowodów, jeszcze nie jest dowodem ich braku!”. A poza tym, prezesie, nie można zmarnować tego, co się wykluło pod krzyżem na Krakowskim…”

Tak czy owak, front ruszył, a na pierwszy ogień poszedł Wawel jako miejsce pochówku prezydenta tysiąclecia. Jeszcze trwała ogólnonarodowa żałoba, a już Polacy zaczęli się dzielić. Potem było kilka lat pracy w terenie – w parafiach, kółkach Ronina, Radiu Maryja i prawicowej prasie. Była to ciężka „praca u podstaw”, która po kilku latach pomogła PiSowi przejąć władzę. Wprawdzie na czas wyborów temat katastrofy został wyciszony, ale po ogłoszeniu składu nowego rządu – wybrzmiał na nowo, ze zdwojoną siłą. Religia smoleńska stała się teraz obowiązującym wyznaniem, do którego przyznaje się każdy działacz i poplecznik rządzącej partii. Ci dzielą się jednak na dwie grupy.

Pierwsza to fanatycy i zwolennicy najbardziej absurdalnych tez o helu, trotylu, sztucznej mgle oraz spisku Putina z Tuskiem. Z ich najnowszych odlotów zacytuję Janusza Wojciechowskiego z PiS, które opublikował taki wpis na Twitterze: „Pytanie do Wszystkowiedzących - dlaczego koła tupolewa były całe w błocie, chociaż wg raportu KM i wizualizacji nie miały styku z ziemią?” Najdelikatniej rzecz ujmując: ludzie, którym spiskowe teorie tłumaczą świat, a wizja ruskich, pakujących polski samolot w trotylowo-helową mgłę, pasuje do układanki, to raczej temat dla psychiatry niż publicysty.

Jest jednak też druga grupa – dużo bardziej niebezpieczna, bo cyniczna i zakłamana. Jej przedstawiciele doskonale wiedzą, w co grają. Jednak nie po to załapali się na posady w państwowych spółkach, w mediach, na dyrektorów telewizyjnych kanałów i prowadzących radiowe programy, by teraz prostować lub negować warjactwa Macierewicza. Takim przykładem jest niejaki Gursztyn, który rzeczoną dyskusję w TOKu rozpoczął od dumnej deklaracji, że jeśli chodzi o Smoleńsk –jest agnostykiem i nie ma własnego zdania. Dyskusji o katastrofie i prac komisji też nie śledził, bo nie ma na tyle kompetencji, by ocenić, kto ma rację.

Pierwsze z tych stwierdzeń, ze względu na kontekst, to zwykła podłość, a drugie – to kłamstwo i bzdura w jednym. Odcięcie się od zajęcia postawy wobec tego, co robi PiS z tą katastrofą, nie jest powodem do dumy. To tak, jakby wiedzieć, że w stodołę sąsiada trafił piorun i nie reagować, gdy z tego powodu palą na stosie jego żonę, bo „wiedźma ściągnęła nań pożar i nieszczęście”. Gdy ktoś popełnia łajdactwo, chowanie głowy w piasek jest powodem do wstydu. To po pierwsze. Po drugie - nie wierzę, by jakikolwiek dziennikarz w Polsce, zajmujący się polityką przez ostatnie lata, nie miał dogłębnej wiedzy na temat postępów i wyników śledztwa komisji Millera, prokuratury i tego, co równolegle wypisują prawicowe portale oraz dziwolągi zgromadzone wokół Macierewicza. Aby tego tematu nie dotknąć i nic o tym nie wiedzieć, trzeba być kosmitą, albo mieszkać za oceanem i nie mieć dostępu do internetu. Podejrzewam, że nie jest to przypadek Gursztyna, bo gdyby tak było, nie mógłby chyba dostać informacji, że go nowy rząd PiS na dyrektora w TVP wybrał.

Jeśli chodzi o to trzecie, czyli bzdurę o braku kompetencji, to gdyby iść tym tropem, Gursztyn miałby strasznie ciężkie życie. Bo jego kompetencje są ograniczone w wielu dziedzinach życia, a mimo to korzysta z pomocy lekarzy (jak sądzę ufając, że wiedzą co nieco o medycynie), budowlańców, informatyków i innych ekspertów, którzy swoje dziedziny znają tak, jak Gursztyn historię Polski.

Znęcam się tu nad jego przypadkiem nie bez powodu. Otóż jego argumentacja jest typowa dla wielu prawicowych dziennikarzy i polityków, którzy – nie chcąc się ośmieszać jawnym wspaciem teorii zamachowych – brną po ścieżce rzekomych wątpliwości i niewyjaśnionych wątków. Powołują się przy tym na brak wiary i zaufania dla komisji Millera, która tę katastrofę dogłębnie zbadała, a której ustalenia potwierdziła, niezależna od PO, prokuratura wojskowa. A przecież nie o wiarę tu chodzi. W obszarze praw fizyki i matematyki decydują bowiem fakty i obliczenia. Ubolewanie Piotra Gursztyna nad tym, że do komisji badania wypadków lotniczych nie zaproszono ‘drugiej strony’ jest tak głupie, że aż śmieszne. Nie wiem, kto miałby być drugą stroną dla grupy inżynierów i fizyków z uprawnieniami do takich badań. Jak zauważył redaktor Kurkiewicz, nie ma fizyków liberalnych i konserwatywnych – bo fizyka jako nauka ścisła jest odporna na polityków i politykę. Poza tym do roku 2012 szefem komisji był pułkownik Edmund Klich, ceniony przez Lecha Kaczyńskiego i wyraźnie nie sprzyjający Platformie.

Gdy takim ludziom, jak Gursztyn przytoczy się wnioski dwóch niezależnych komisji, powołanych w Polsce – z reguły wyciągają argument ostateczny: i co z tego, że takie są wnioski, skoro połowa Polaków nadal nie wie, co było prawdziwym powodem rozbicia się samolotu? „To jest fakt społeczny!” woła Gursztyn.

Nie bardzo wiem, co to jest fakt społeczny. Mnie w szkole uczono, że są fakty i mity, albo kłamstwa i prawdy. „Fakt społeczny” to nic innego jak fenomen socjologiczny, który polega na tym, że ‘ciemny lud’ kupił trefny towar, który mu wciskano przez kilka lat, siejąc wątpliwości, podsuwając nieprawdy i zmanipulowane interpretacje. „Połowa Polaków nadal nie wie, co się tam stało!” A w ankiecie badającej stan czytelnictwa w Polsce, na pytanie, „czy w ciągu ostatniego miesiąca przeczytał(-a) Pan(-i) jakiś tekst dłuższy niż 3 strony maszynopisu (np. obszerny artykuł w gazecie lub na portalu)?” – 53 procent odpowiada „nie”! A 63 procent przyznaje, że w ostatnim roku nie przeczytało żadnej książki. Prawdopodobnie połowa Polaków nie ma zdania na temat wielu kwestii, dużo mniej złożonych niż przebieg największej katastrofy lotniczej ostatnich lat…

Ta droga argumentowania, którą reprezentuje redaktor Gursztyn i jemu podobni, jest oparta na słusznym i cynicznym założeniu, że większość obywateli naszego kraju ma na głowie inne problemy i obowiązki niż dogłębne studiowanie wniosków z raportu, a nawet ich podsumowań zamieszczanych swojego czasu w różnych mediach. Ci, którzy wysłuchali uważnie spójnej i logicznej wersji wydarzeń, mówiącej o złych warunkach pogodowych, błędach pilotów (naciskanych przez zwierzchnika obecnego w kabinie), błędach obsługi naziemnej lotniska Siewiernyj oraz kolizji z drzewem, o które zahaczył samolot – nie mają wątpliwości. Tyle, że ich argumenty ulegają stałej erozji, której sprzyja upływający czas i pojawiające się w przestrzeni publicznej głosy wątpiące, negujące albo ośmieszające wnioski komisji Millera.

 

© podróże codzienne
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci