Menu

podróże codzienne

Notatki z podróży przez czas...

Ostatnie spotkanie z Mistrzem

monillion

              Mam dobrą wiadomość dla tych, którzy  (tak jak ja) myśleli, że „Powidoki” to ostatni film Andrzeja Wajdy. Okazuje się, że dzięki pomysłowi mojego sąsiada, Antka Rodowicza, na kilka miesięcy przed śmiercią, reżyser nakręcił godzinny dokument, w którym sam gra główną rolę. Rodowicz, artysta plastyk, autor książek, plakatów i grafik, opowiadał mi ostatnio o swojej wieloletniej przyjaźni z Mistrzem i o ich głównej płaszczyźnie porozumienia, czyli malarstwie. Jak  wiadomo, Wajda na początku swojej drogi studiował na krakowskiej ASP. Potem przez całe życie rysował, robił szkice do swoich filmów, malował portrety znajomych, nigdy nie porzucając malarstwa. W kadrach jego filmów można znaleźć czytelne aluzje do znanych dzieł sztuki. Gdy Wajda odwiedzał muzea i galerie w Polsce lub we Francji, czasem towarzyszył mu Rodowicz, który słuchał, jak reżyser analizuje to, co widzi. – Andrzej tak fantastycznie o tym opowiadał, że w końcu namówiłem go na dokument, w którym wyjaśni związki między ważnymi dla niego obrazami i filmami – tłumaczył Rodowicz po niedawnej premierze filmu w kinie Kultura. Efektem jest godzinny zapis opowieści reżysera o wpływie, jaki miały obrazy Matejki, Malczewskiego czy Wróblewskiego na dzieła, które tworzył. Nagranie zrealizowano w domu Antka na warszawskim Żoliborzu.                            

              Dobrze się to ogląda, bo Wajda wie, jak mówić w sposób interesujący i mądry.  Do tego film jest świetnie skomponowany: wypowiedzi reżysera są przeplatane fragmentami jego najlepszych filmów oraz bliskich ujęć obrazów, o których mowa. Wszystkiemu towarzyszy piękna muzyka Włodka Pawlika. Jedyne, co mogłabym zarzucić temu dokumentowi, to jego objętość. Jest stanowczo za krótki. 

                Andrzej Wajda miał wspaniałych profesorów i kolegów na ASP, z których wielu  trafiło potem do czołówki polskiego malarstwa współczesnego. Obrazy jednego z nich, Andrzeja Wróblewskiego, dobre i przejmujące, sprawiły, że młody Wajda postanowił poszukać innej, własnej drogi ekspresji – Wiedziałem, że nigdy nie będę tak dobry, jak Wróblewski i zmieniłem studia. Poszedłem do łódzkiej filmówki – mówi reżyser i wspomina, jak w swoich filmach próbował znaleźć rozwiązanie dylematu, przed którym stanął w ASP. Dostał wtedy od jednej ze swoich profesorek album z malarstwem Józefa Pankiewicza oraz radę, by malować „patrząc oczami, a nie głową”. Chodziło o to, jak rozumiem, by idąc śladami francuskich postimpresjonistów koncentrować się na obrazie, wyłączając przy tym racjonalną analizę i strumień znaczeń, zapisanych w zbiorze zwanym „wiedza i doświadczenie”. By widzieć obraz takim, jakim on się jawi przed oczami w chwili, gdy artysta go obserwuje. Wajda nie chciał tak widzieć świata. Dla niego przeszłość, historia, wiedza, moralność miały zasadnicze znaczenie. Szczególnie w latach powojennych, gdy trzeba było uporać się z ciężarem okupacyjnych przeżyć i odnaleźć w świecie, który wynurzył się po apokalipsie.  

            Film jest również wzruszającą opowieścią o dążeniu artysty do właściwego połączenia dwóch ważnych perspektyw– etycznej i estetycznej, w taki sposób, by z opowiadanej historii wydobyć czytelne i właściwe znaczenia. Jego najlepsze filmy czerpały z syntezy tych elementów.

              Dokument „Andrzej Wajda – moje inspiracje”, wyreżyserowany przy współudziale Marka Brodzkiego i Marka Żydowicza, stwarza okazję do spotkania z artystą, którego głos jest coraz ważniejszy i coraz bardziej potrzebny. Jakby wbrew temu, że go już wśród nas nie ma…

© podróże codzienne
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci