Menu

podróże codzienne

Notatki z podróży przez czas...

Nietykalny

monillion

  Pod względem szkodliwości prowadzonej polityki jest w czołówce ministrów tego rządu. O żółtą koszulkę lidera walczy z kolegami odpowiedzialnymi za politykę zagraniczną, obronną czy edukację. We wszystkich tych dziedzinach będziemy długo i boleśnie odrabiać straty, jednak skutki działalności ministra środowiska, bo o nim mowa, będą odczuwane nie tylko przez nas i nasze dzieci, ale i przez nasze wnuki.

Tymczasem jego pozycja w rządzie nie słabnie, podobnie jak nie słabnie jego dobre samopoczucie. Rośnie za to bilans jego dokonań. Portal Oko.press poświęca Szyszce sporo uwagi, wnikliwie dokumentując jego osiągnięcia. Robi to raczej dla przyszłych pokoleń, bo z tego, co widać, obecnie rządzący uważają, że problemu nie ma. Ministra popiera dyrektor Rydzyk, co podobno sprawia, że jest nietykalny.

Grono jego wielbicieli stale się poszerza. W lutym dołączyli do niego wdzięczni developerzy i właściciele zalesionych działek, przeznaczonych pod przyszłą zabudowę. Szyszko był dla nich jak uśmiech losu – opracował prawo pozwalające usuwać drzewa bez zezwolenia, po czym podsunął je sejmowym kolegom, którzy zgłosili je jako ustawę poselską. Sprytny ruch, dzięki któremu można było ominąć wymóg konsultacji społecznych i ewentualne uwagi organizacji pozarządowych, z którymi minister ma na pieńku jeszcze od czasów porażki w Rospudzie, kiedy to ekolodzy skutecznie zablokowali jego działania. Nowe prawo przegłosowano w ekspresowym tempie. 

            W samej Warszawie i Krakowie pod topór poszły tysiące zdrowych, dużych buków, lip i klonów. To samo dzieje się w małych miastach i na wsi. Polacy tną i rąbią na wszelki wypadek. Wykorzystują możliwość, bo a nuż ktoś się opamięta i znów zakaże. Dotychczas byli przyzwyczajeni, że aby drzewo wyciąć trzeba pojechać do gminy i załatwić zezwolenie. Z reguły nie było z tym problemu, ale sam fakt konieczności dopełnienia procedury ograniczał chęć wyciągania siekiery. Większość już się z tym oswoiła i zaakceptowała to ograniczenie. W końcu drzewo to nie koniczyna, którą można wyrwać, bo za rok i tak odrośnie. Po zmianie drwale mają pełne ręce roboty. Lex Szyszko zostało tak źle napisane, że posłowie PiS musieli przyznać się do błędu. Pośpiesznie opracowana nowelizacja ustawy jest klasycznym przykładem zastępowania jednego bubla prawnego drugim.  Straty są ogromne – wycięte stuletnie drzewa nie odrosną bowiem szybciej niż za sto lat.

            Kolejna grupa wspierająca Szyszkę to leśnicy. O tym, że Lasy Państwowe to państwo w państwie wiadomo od dawna. Zarobki świetne, warunki pracy też niezłe, a teraz jeszcze minister, który dba o swój twardy elektorat. Trzeba przyznać, że robi to sprytnie. O tym, że Puszczę Białowieską trzeba ratować krzyczy głośniej niż ekolodzy. Tyle, że jej ratowanie nie ma nic wspólnego z ochroną puszczy. Pod hasłami pomocy dla zaniedbanego przez poprzedników parku narodowego kryje się chęć przerobienia go na źródło dodatkowego zysku dla leśników, którym pod obecnym prawem umożliwia się wycinki starych dębów i wywózki martwego drzewa. Pojawienie się kornika drukarza stało się doskonałym pretekstem do wprowadzenia zmian, dzięki którym można pokazać środkowy palec organizacjom ekologicznym i wspierających ich unijnym urzędnikom. Minister ostatnio ubolewał na łamach Naszego Dziennika, że Unia wykazuje brak zainteresowania tematem i nie odpowiada na jego zaproszenie do puszczy. Tymczasem fundacja Dzika Polska oskarża podległe mu Lasy Państwowe o fałszowanie raportów przesyłanych do Sekretariatu UNESCO.

Z polityki Szyszki zadowoleni muszą być też jego koledzy - myśliwi. Nowe prawo pozwala im strzelać do zwierząt już 100 metrów od zabudowań, a właścicieli nieruchomości praktycznie ubezwłasnowolnia w kwestii wydawania na to zgody. Swój sprzeciw wobec rzezi sarenek na swoim terenie muszą udowadniać w sądzie.   

            Szyszkę kocha też środowisko Gazety Polskiej i powiązane z nim fundacje. Oko.press właśnie opublikowało wstrząsający materiał o tym, jak z ministerstwa środowiska wypływa 6 mln złotych na dotację dla kolegów z GP na budowę portalu, który ma propagować narodową wersję ekologii. Narodową, czyli zgodną z poglądami Szyszki. Prawie połowa pieniędzy przeznaczonych na wszystkie dotacje trafi do ludzi, którzy się dotąd tym tematem nie zajmowali, a którzy według ministerstwa zasługują na to bardziej niż istniejące organizacje ekologiczne. Przy okazji okazało się, że w projekt zaangażowana jest rodzina i znajomi Szyszki, co nie jest odosobnionym przypadkiem. Media już kilkukrotnie wytykały ministrowi niejasne powiązania rodzinno- biznesowe. Bez reakcji.

            Do tego można dodać opisywaną przez media  posiadłość ministra w Tucznie, którą zadeklarował w oświadczeniu majątkowym pod hasłem „stodoła” i w której urządza konferencje i spotkania dla przedstawicieli rządu i własnej partii. Ostatnio zatrudnił na takim spotkaniu zaprzyjaźnionego muzyka, wypłacając mu z państwowych pieniędzy honorarium w wysokości ponad 25 tysięcy złotych. Powstaje pytanie, jak rozliczane są koszty konferencji. Gdyby taka sytuacja została ujawniona za czasów PO, to podejrzewam, że byłby spory szum. Pamiętamy przecież jaki powstał sprawie pewnego zegarka...

            Szyszko ma też na koncie podejrzane polowanie na bażanty, w sprawie którego zostało wysłane zawiadomienie do prokuratury. I co? I nic. Minister jest jak Chińczyki z Wesela Wyspiańskiego – trzyma się mocno.

Był taki moment w nieodległej przeszłości naszego kraju, gdy o pewnym kandydacie na wysokie stanowisko mówiono, że mógłby wypaść z gry tylko, gdyby mu się zdarzyło przejechać ciężarną zakonnicę na pasach. Zastanawiam się, czego jeszcze musi dokonać obecny minister środowiska, by ktoś na Żoliborzu zrzucił kota z poduszki i wydał odpowiednią dyspozycję.

Na razie jest nietykalny.

© podróże codzienne
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci