Menu

podróże codzienne

Notatki z codziennych podróży przez czas...

Rzeź Puszczy Trwa

monillion

To jest tekst, który pojawił się na łamach portalu onet.pl pod tym samym tytułem.  Napisany na początku listopada, a opublikowany tuż po akcji ekologów w siedzibie Generalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Warszawie. Tu w wersji oryginalnej. 

Przykuwanie się do harwestera to stosowana przez nich metoda protestu. W ten sposób nawet drobna dziewczyna może zablokować ciężką maszynę pracującą w puszczy. Harwester wycina do 200 drzew dziennie, waży około 20 ton i razem z wysięgnikiem ma ponad 15 metrów długości. Duży smok. Skuteczne przypięcie do niego gwarantuje tylko metrowa, żelazna rura, do której dwie osoby wkładają ręce z przeciwnych stron. Wewnątrz ich dłonie są skuwane kajdankami lub łańcuchem. Jeśli taką instalację założy się na jakąś część pojazdu, uniemożliwiając mu tym samym poruszanie się, to, żeby ją rozbroić, trzeba albo rozmontować maszynę albo rozciąć palnikiem rurę. To grozi obcięciem dłoni protestujących. Można by jeszcze spełnić ich żądania, ale Lasy Państwowe negocjować nie chcą.

Na blokadzie w Czerlonce w czerwcu tego roku chodziło o wpuszczenie grupy niezależnych ekspertów na miejsce wycinki. Zgłosili się naukowcy: biolodzy i dendrolodzy, chętni by sprawdzić, czy leśnicy nie naruszają przepisów o ochronie środowiska. Nadleśniczy z Hajnówki nie wyraził na to zgody i ekologów usunęła policja. Teraz specjalizuje się w tym straż leśna, która stosuje coraz brutalniejsze metody. Podczas ostatniej blokady w okolicy Drogi Narewkowskiej strażnicy siłą wyrywali dłonie protestujących z metalowego zabezpieczenia. Było to tak bolesne, że jedna z uczestniczek blokady zemdlała i została zabrana do szpitala. Inny ekolog został uderzony w głowę przez rozeźlonego strażnika, a zaraz potem oskarżony przez niego o napaść. Kilka osób mocno poturbowano.

Obrońcy puszczy, bo tak się ich nazywa, to ruch obywatelski, który zawiązał się w reakcji na działania obecnego ministra środowiska - miłośnika Boga, polowań i wycinek stuletnich drzewostanów. Obrońcy założyli obóz, który latem mieścił się we wsi Pogorzelce, a teraz przeniósł się kilka kilometrów dalej - do Teremisek. Obóz jest zorganizowany na wzór zachodnich kooperatyw, zarządzany w demokratyczny sposób przez 30 osobową radę, wybieraną spośród bardziej doświadczonych aktywistów. Przez jego progi przewinęły się dotąd setki woluntariuszy z Polski, Europy, Ameryki Południowej, Australii czy Indonezji. Przyjeżdżali do Białowieży na tydzień lub dwa, by zaoferować wsparcie lub wziąć udział w blokadach wycinek i dróg, którymi ścięte drewno jest wywożone z puszczy. Jadę do nich, gdy słyszę, jak brutalnie potraktowani zostali podczas ostatniej dwutygodniowej blokady.

Spotykamy się rankiem w Białowieży w dawnym domku Janusza Korbela, nieżyjącego już wielbiciela okolicznych lasów i propagatora ekologii głębokiej. Członkowie obozu dla puszczy przenieśli się tu na czas odgrzybiania ich siedziby w Teremiskach.   Rozmawiam z Adamem i Asią, którzy należą do osób z najdłuższym stażem w obozie. Oboje mają też spore doświadczenie w walce z wycinką puszczy. Jedziemy razem na kolejną rozprawę w sądzie w Hajnówce, podczas której w charakterze świadka, będzie zeznawał miejscowy nadleśniczy, Grzegorz Bielecki. To człowiek zaprzyjaźniony z ministrem Szyszką, wiernie stosujący się do jego wytycznych. W sieci krążą zdjęcia z Hubertusa z 2016 roku, na których Bielecki siedzi wraz z ministrem środowiska i lokalnym biskupem w białej karecie. Pojazd wygląda jakby go właśnie wyjęto z kiczowatej inscenizacji Kopciuszka. Bielecki był obecny przy likwidacji czerwcowej blokady w Czerlonce i z tego powodu zeznaje w procesie, jaki ekologom wytoczyła lokalna prokuratura. Wydał też kontrowersyjną decyzję o zakazie wejścia do okolicznych lasów (dziwnym trafem - tuż po pierwszym proteście ekologów) oraz zgodę na użycie harwesterów w puszczy. To on i jego współpracownicy faktycznie decydują o postępującym wyrębie drzew. W trakcie przesłuchania nadleśniczy utrzymuje, że wycinka nie łamie wytycznych UE, lecz służy zapewnieniu bezpieczeństwa turystów oraz powstrzymaniu gradacji kornika. – Niech on pokaże choć jedną pracę naukową dowodzącą, że ta metoda jest skuteczna – denerwuje się mieszkaniec Białowieży, biogenetyk, Sławek Droń, gdy streszczam mu przebieg rozprawy kilka godzin później – A jeśli chodzi o bezpieczeństwo turystów, to czy pani wie, że od wojny nikt w puszczy nie zginął? Wiem o tym, jak również o jedynym tragicznym przypadku z zeszłego roku, kiedy to przewracające się drzewo, przywaliło drwala z Zakładu Usług Leśnych. Leśnicy nie chcą przyznać, że człowiek pracował podczas wichury, kiedy to do lasu nie powinno się chodzić, a już na pewno nie po to, by wycinać drzewa.

Gdy adwokaci oskarżonych dopytują o szkody powstające w lesie podczas pracy harwesterów, Bielecki wygłasza tezę, że ślady po maszynach są porównywalne do nacisku kopyt konia, a ich działanie nie powoduje strat i zniszczeń.  –  Wręcz przeciwnie –  słyszymy – dawne, tradycyjne metody wycinki były bardziej inwazyjne.

Postanawiam sprawdzić, czy prawdę mówi człowiek odpowiedzialny za najcenniejszy las w Polsce; las, do którego, ze względu na jego unikatowy charakter, przyjeżdżają turyści  nawet z dalekich antypodów. Wieczorem w obozie ustalamy, z kim idę następnego dnia na patrol. Lena jest jedną z najbardziej doświadczonych tropicielek w obozie, zna okoliczne lasy i ma na swoim koncie udział w wielu blokadach. Umawiamy się, że zabierze mnie do Wilczego Trybu, gdzie ostatnio pracują harwestery.   

Gdy spotykamy się rano w siedzibie obozu w Teremiskach, dostaję od niej zielone moro, bo moja granatowa kurtka odznaczałaby się na tle jesiennych liści. Kierujemy się na północ w stronę wycinki, ale już po chwili okazuje się, że droga zablokowana jest przez samochód straży leśnej, który pilnuje dojścia do lasu. Wracamy przez wieś do miejsca, z którego przed chwilą wychodziłyśmy. Widzimy, że strażnicy nas obserwują. Gdy ich auto znika, wsiadamy w mój samochód i odjeżdżamy, niezauważone, w stronę Pogorzelec. To wieś, z której też można dotrzeć do celu. Trzeba uważać, bo drogi obstawione są przez straż leśną i policję. Bilet wstępu do lasu kosztuje teraz 500 zł. Tyle wynosi mandat za złamanie absurdalnego zarządzenia nadleśniczego. Wysadzam Lenę i jadę trzysta metrów dalej. Parkuję samochód przed drewnianym domkiem z szyldem „agroturystyka” i szybko wchodzę między drzewa.

Idziemy lasem, wzdłuż szutrowej drogi prowadzącej do Narewki. Nie chcemy, by nas zauważono. Gdy drogą przejeżdżają auta, chowamy się za drzewami.  Po ostatnich opadach, grunt jest miękki i pokryty śliskimi liśćmi. Staramy się nie deptać po gałęziach i poruszać jak najciszej. Przypominają mi się książki z dzieciństwa o indiańskich tropicielach śladów. Lena dzwoni do kolegów z obozu, którzy patrolują wyznaczone fragmenty lasu. Dowiadujemy się, dlaczego okolica jest pełna polujących na nas funkcjonariuszy różnych służb – dziś tiry wywożą z puszczy drewno. Wbrew unijnym zakazom – wycinki trwają, a pocięte w równe kawałki metry sześcienne drzew jadą do tartaków. Puszcza jest traktowana jak zwykły las gospodarczy i wymieniana na złotówki.

  Koledzy Leny już nie raz pokazali, co potrafią i straż leśna boi się, aby znów jakiś młody ekolog lub ekolożka nie przykuł się do pojazdu i nie zablokował ich pracy. Lena mówi, że wraz z upływem czasu, strażnicy stają się coraz bardziej agresywni. - Jest chyba odgórne przyzwolenie na przemoc wobec nas. Poniżanie, obrażanie i groźby pod naszym adresem słyszymy przy każdej blokadzie – dodaje.

Tymczasem dochodzimy do mostka na rzece Lutowni. Po drugiej stronie rzeki las jest gęstszy i bardziej dziki, a zwalone drzewa utrudniają posuwanie się po grząskim gruncie. Nagle wychodzimy na małą polankę. Różni się od innych tym, że przecinają ją półmetrowej głębokości wyżłobienia. To ślady szerokich kół harwestera. Aby tu dotrzeć, kierowca musiał przejechać tym kolosem przez kawał puszczy, bo do szutrowej drogi daleko. Harwesterem nie da się manewrować precyzyjnie w gęstym zalesieniu. Nie pozwalają na to jego gabaryty. Każdy przejazd powoduje zniszczenia i to nie tylko w ściółce, która na całej polanie wygląda jak pole bitwy. Poza tym jego hałas musiał przegonić stąd wszystkie zwierzęta i ptaki.  Lena fotografuje mnie przy koleinie tak, by pokazać jej głębokość.

Idziemy dalej i coraz wyraźniej słyszymy odgłosy załadunku drewna na tiry. Lena, przyzwyczajona do tych dźwięków, rozpoznaje je dużo wcześniej niż ja. Powoli zbliżamy się do Wilczego Trybu, czyli leśnego duktu odchodzącego od Drogi Narewkowskiej.  –To było miejsce, do którego najchętniej jeździłam rowerem zanim zaczęła się tam wycinka. Majestatyczne, wielkie drzewa obok naturalnych wykrotów oraz mnóstwo młodniaków tworzyło naturalny, piękny fragment lasu – mówiła, łamiącym się głosem, Eliza Łozowska na rozprawie dzień wcześniej. Występowała przed sądem w roli świadka, powołanego przez adwokatów ekologów, a zarazem jako przedstawicielka lokalnej społeczności, sprzeciwiającej się niszczeniu puszczy.

            Podchodzimy z Leną do granicy wycinki przy Wilczym Trybie i już rozumiem, dlaczego pani Eliza miała łzy w oczach, gdy o tym miejscu mówiła. Rozumiem też, dlaczego nadleśniczy zabronił wstępu do lasu. Na jego miejscu też bym zrobiła wszystko, żeby tego nikt nie zobaczył. Przed nami rozciąga się w obu kierunkach piaszczysta wyrwa w lesie - wąwóz utworzony z równo pociętych pni. Sądząc po ich przekrojach pod topór poszły w większości stare, duże drzewa - świerki i dęby rosnące tu od dwustu lat. Wokół pobojowisko. Połamane kikuty drzew wystają z ziemi, wszędzie leżą połamane i porozrzucane gałęzie. Wiele drzew, pozbawionych koron i korzeni, porzucono bezładnie między nierówno poszarpanymi karpami. Takich karp, czyli pozostałości po ścięciu, pniaków wraz z systemem korzeniowym, jest tu mnóstwo. Niektóre pnie o obwodzie zbyt dużym na możliwości chwytaka harwestera wystają na półtora metra ponad ziemię. Ściółka leśna jest zryta, jakby walkę o tron stoczyły tu smoki z serialu HBO. Wszystko to robi straszne wrażenie. Nie przypomina lasu, lecz plac budowy. Obrazu dopełniają wielkie czerwone tiry z dwoma naczepami, na które ładowane są drewniane bele. Z ukrycia robimy zdjęcia i nagrywamy krótkie filmy. Co chwila wyciągam telefon z kieszeni, choć wiem, że ten teren został już obfotografowany przez obrońców puszczy.

Lena właśnie dostaje wiadomość, że jej koledzy stoją przy końcu Wilczego Trybu i blokują wyjazd załadowanych tirów. Zgodnie z lipcowym wyrokiem Trybunału Sprawiedliwości UE wszelkie wycinki i wywóz drewna miały być wstrzymane do czasu rozstrzygnięcia sprawy. Zatem to, co się dzieje w Nadleśnictwie Białowieża jest w świetle unijnego prawa nielegalne.

- Póki co, jeszcze jesteśmy w Unii, więc mamy prawo powstrzymywać działalność przestępczą, jaką jest wywożenie drzew z puszczy – mówi Lena – Idziemy na blokadę.

- Jak powstrzymacie jadące tiry? Przecież nie da się do nich przykuć – niepokoję się. Okazuje się, że jest sposób. Tira trzeba na moment zatrzymać i wtedy ktoś sprytny ma paręnaście sekund, by zbliżyć się do maszyny i przykuć kajdankami do jakiejś wystającej części. Kierujemy się w stronę protestujących, a ja mam nadzieję, że jednak nie będę oglądać tej drobnej, filigranowej dziewczyny wskakującej na naczepę tira.

Znów kluczymy, by uniknąć mandatu. Po drodze niemal wpadamy na patrolującego okolicę policjanta. Przykucamy i zamieramy na 5 minut, czekając aż mundurowy się oddali. Jest prawie jak w filmach: facet czujnie rozgląda się po okolicy, a my równie czujnie, na bezdechu, niedaleko od niego, oglądamy swoje zabłocone buty w krzakach. Byłoby jak w kinie, gdyby nie skala absurdu tej sytuacji. Czaimy się w tym lesie, jak za okupacji, ale prześladuje nas polska instytucja, Lasy Państwowe, które zakazały wstępu do lasu z powodu zagrożenia zdrowia turystów. Jedyne zagrożenie, jakie dostrzegam, to ryzyko zawału serca, grożące każdemu, kto obejrzy ostatnie dokonania ministra Szyszki w puszczy. Myślę, że gdyby nie ten zakaz, do Białowieży ściągnęłyby ekipy telewizyjne z całej Europy. Mogłyby robić materiały o tym, jak Polska łamie unijne przepisy, narażając się na wysokie odszkodowania po to, by zniszczyć coś, co powinno być traktowane jak rzadki skarb. Puszcza Białowieska jest jedynym polskim obiektem przyrodniczym wpisanym na listę UNESCO. Zyski ze sprzedaży drewna w 2016 roku -  według danych opublikowanych przez  generalną dyrekcję Lasów Państwowych.  –  pokrywają koszty obsługi akcji wycinek, czyli pensje leśników i drwali. Komu to się opłaca?

Tymczasem w końcu wychodzimy na drogę i idziemy w stronę blokady. Na miejscu jest około dwunastu osób z obozu z transparentami. Robię zdjęcia uczestnikom protestu ze strażnikami leśnymi w tle. Ustawili się w bojowym szyku, na drodze za żółtym znakiem zakazu wstępu do lasu. Stoją i patrzą. Czekają na rozkaz. Duże, barczyste chłopy. W pełnym umundurowaniu wyglądają jak komandosi. Wiadomo, że Lasy powołały specjalną grupę do usuwania ekologów, ale nic nie wiemy o kryteriach zastosowanych przy naborze do tego oddziału, ani o szkoleniach, jakie przeszli jej członkowie. Sądząc po nagraniach zamieszczanych na profilu internetowym obozu dla puszczy, strażnicy nie są przystosowani do działania w stresie i trudnych sytuacjach konfliktowych. Ani do radzenia sobie z pokojowo usposobionymi, ale wytrwałymi i upartymi obrońcami puszczy. Boję się o Lenę. Jest odważna i nie myśli o swoim zdrowiu, które naraża w każdej akcji.

            Zaczyna padać, a w pobliże podjeżdżają trzy wozy policyjne i nieoznakowane auta straży leśnej. Czekamy. Po pół godzinie dostajemy wiadomość, że tiry wyjeżdżają z drugiej strony. Suną przez rezerwat, po którym - zgodnie z przepisami - nie powinny się poruszać żadne pojazdy, tym bardziej zapakowane drewnem kolosy, których masa może przekraczać 40 ton. Wypatrzył je jeden z ekologów, Tomek, który szybko tam pobiegł, ale zastał już tylko ślady kół. Tym razem Lasy Państwowe przechytrzyły protestujących i teraz strażnicy mogą się śmiać z młodych ludzi i ich transparentów.

Oni się śmieją, a Asia płacze obok mnie. Z bezsilności, gniewu i zmęczenia. Wracamy razem do Warszawy i jej telefon cały czas dzwoni. Już nie ma siły gadać, walczyć, tłumaczyć. – Ile można się starać, protestować i widzieć, że nie ma żadnej reakcji! Jak oni mogą tak nie dbać o zwierzęta i rozjeżdżać ten las tirami! Jesteśmy tu sami i jest coraz gorzej! Już nawet dronami nas śledzą! A Polacy nie reagują, bo nie wiedzą, jaki skarb tracą! – mówi, a łzy płyną po jej policzkach. Trudno jej się dziwić. Im więcej protestów, tym większy upór ministra i jego ludzi, by realizować szaloną wizję i „czynić sobie ziemię poddaną”. Wydaje się, że chodzi o to, żeby nękać, gnębić i zniechęcać. Żeby odstąpili. Żeby w puszczy rządził drwal i myśliwy, a nie miłośnik sarenek, żubrów czy starych drzew. Załamanie Asi jednak nie trwa długo. Chwilę później odbiera kolejny telefon i słysząc jej głos, już wiem, że Lasy Państwowe łatwo się ich nie pozbędą.

© podróże codzienne
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci