Menu

podróże codzienne

Notatki z podróży przez czas...

Zrozumieć ich ból- to jedyny możliwy początek dialogu Polaków z Żydami...

monillion

„ (…) żeby to pojąć, trzeba zdobyć się na empatię i zrozumieć żydowski ból. Ból. Trzeba uruchomić wyobraźnię. Zrozumieć, że jak kiedyś mieszkało się gdzieś z całą rodziną, miało dom, dzieci, braci, rodziców, dziadków... miało się życie...i nagle zapadła noc i po tej nocy nic już nie było takie samo, a dawny dom stał się cmentarzem wszystkich bliskich—to trudno mieć do tego stosunek obiektywny lub nawet ambiwalentny. Można mieć prawo do wielu złych emocji. I my jako gospodarze tej ziemi powinniśmy to zrozumieć. Jeśli okażemy szacunek dla cudzego bólu, jest szansa, że inni zrozumieją nas. A tymczasem, my chcemy łomotać Ukraińców za Wołyń, a jednocześnie nasza minister edukacji nie ma odwagi, by odpowiedzieć prawdę na pytanie o przeszłość. I bredzi publicznie jakieś androny. I nikt jej nie odwołuje następnego dnia.  Gdyby twórcy nowelizacji ustawy o IPN mieli bardziej empatyczne podejście, nie byłoby teraz międzynarodowego kryzysu dyplomatycznego…”

            Ten tekst napisałam po kolejnej dyskusji, w której znajomy dziennikarz przytoczył typowy zestaw argumentów w obronie godności Polaków, ofiar wojny i antypolskiej propagandy jednocześnie. Nie zgadzam się z usłyszanymi twierdzeniami i poniżej przedstawiam powody, które przekonały mnie do przyjęcia innej postawy. Mam nadzieję, że przynajmniej niektóre z nich wydadzą się godne rozważenia, a może i akceptacji. W końcu temat jest bardzo ważny, dotyczy bowiem zarówno naszej historii, jak i teraźniejszości, która zmusza nas do zajęcia w tej sprawie stanowiska. Ja musiałam je zająć pod koniec lat 80tych, gdy znalazłam się na Manhattanie, gdzie po raz pierwszy zetknęłam się z kwestią relacji polsko-żydowskich. Potem temat powracał do mnie wielokrotnie w latach 90-tych, gdy wróciłam do kraju, w którym właśnie zaczęły się pierwsze rozliczenia z przeszłością. Kolejny rozdział tego procesu otworzył teraz PiS, na nowo rozbudzając emocje wokół tej sprawy.

Mam nadzieję, że moje refleksje skierowane do osób, które myślą inaczej niż ja i bronią Polski za wszelką cenę przed, w dużej mierze, wyimaginowanym zagrożeniem, mogą służyć porozumieniu. Jak wiadomo - słowa miewają ciężar kamieni. Trzeba uważać, co się mówi i pisze, bo nasze wypowiedzi kształtują poglądy innych; również tych, którzy nie mają na ten temat zdania.

 Oto kilka komentarzy na temat najczęściej wypowiadanych kwestii.

1. „Naród Polski potwornie cierpiał pod okrutną okupacją" – to prawda, ale każdy inteligentny człowiek rozumie, że z Żydami nie mamy co się licytować na to, kto wycierpiał więcej w czasie II wojny światowej, bo w tej potwornej konkurencji – nie mamy z nimi szans. Moja katolicka rodzina (Polacy z dziada pradziada), podobnie jak tysiące ich rodaków, wycierpieli niemało w ostatnich wiekach. II wojna światowa nie była wyjątkiem. Wiele polskich rodzin zostało mocno przetrzebionych, straciliśmy majątki, pozostały traumy, ale ilu jest wśród nas takich, którzy mogą powiedzieć, że „z całego klanu zostałem tylko ja”?  Ilu? Pewno znajdzie się takich sporo, ale w narodzie żydowskim są ich setki tysięcy. Tam to jest reguła, a u nas jednak wyjątek. Po obu stronach jest mnóstwo ofiar – jednak skala zagłady jest zupełnie nieporównywalna. Naszym problemem jest raczej to, że do piachu poszli najlepsi synowie naszej ziemi – zarówno Katyń, jak i Powstanie Warszawskie zabrały tych, którzy może, gdyby żyli po wojnie, nie dopuściliby do wydarzeń z Kielc 47 roku czy z Marca 68. 

2. „Atmosfera była sprzyjająca, bo Niemcy dawali przyzwolenie”. Taki argument podał wymieniany redaktor w dyskusji, której słuchałam. Czy to znaczy, że można było wydawać Niemcom Żydów, bo był ‘sprzyjający’ po temu klimat? Czy to znaczy, że gdyby dziś zrobił się klimat do tępienia łysiejących okularników, można by usprawiedliwić wydanie na śmierć owego dziennikarza?  Fakt, atmosfera była podła, ale to żaden argument na usprawiedliwienie. To jedynie element opisujący kontekst. Atmosfera sprzyjała podłości, bo wojna nie tworzy klimatu szlachetności ani bohaterstwa. Wojna to dramat, przemoc i wybebeszone flaki z brzucha leżącego w błocie trupa, to zdrada i strach. I tylko od czasu do czasu – bohaterstwo i chwała. Bohaterów w tłumie jest zwykle tylu, ilu się mieści na jednej kanapie. Tylko, że jak o tym chciał opowiadać Paweł Machcewicz w gdańskim muzeum, to go PiS zaczął prześladować. Bo nasza wojna była bohaterska i skąpana w glorii niezłomnych obrońców szlachetności.  Czyli jak to jest z tym klimatem?

 3. „Polska musi się bronić przed pomówieniami” Zgoda, tylko kwestia tego - jak. Ostatni znany przykład z „polskim obozem koncentracyjnym’ dał nam Obama. Ale jeśli ktoś ma wątpliwość, jak bardzo cenił Polaków – to polecam przesłuchanie jego przemówienia na pl. Zamkowym. Byłam tam obecna i mogę stwierdzić, że żaden polski przywódca nie potrafił tak pięknie do nas, i o nas, mówić od wyzwolenia. Jest oczywiste, że jego niezręczność wyniknęła ze ‘skrótu geograficznego’ i że tak jest w większości przypadków. Nikt nie kwestionuje, że trzeba z tym walczyć, ale o ile wiem, polskie ambasady miały jasne wytyczne, jak działać w takich sytuacjach. PiS jednak postanowił docisnąć pedał gazu i przykryć temat ‘leśnych nazioli spod Wodzisławia’. Postanowił pobronić naszej godności, (w końcu ‘wstajemy z kolan’), a przy okazji podkreślić, że naszego narodu nie ma co oskarżać, bo można przy tym oberwać. To było w podtekście. Wstaliśmy z kolan i jak zwykle walnęliśmy łbem w parapet. Bo tematem zajęli się ignoranci - w typie Jakiego  z wrażliwością Pawłowicz. 

 Jak wspominałam temat antypolskich nastrojów przerobiłam na własnej skórze, gdy w latach 90tych znalazłam się w Nowym Yorku.  Żydzi, których tam spotykałam, znali Polskę tylko z opowieści rodziców lub dziadków, z filmu Lanzmanna „Shoah” i książki Kosińskiego „Malowany Ptak”. Słyszałam opinie, że „Polacy to potwory” lub „nie lubię Polski, bo mi się kojarzy z Auschwitz” itp. Trudno zliczyć, ile razy walczyłam o dobre imię Lechistanu. Powinnam zostać ambasadorem jego dobrej pamięci. Przecież przyjechałam właśnie z PRL-u (by napisać magisterkę w 87-ym na rok, który rozciągnął się do 8 lat), gdzie nie było ani Żydów ani antysemityzmu. Wiadomo było, że hitlerowcy ich mordowali tak, jak nas, i że Żydzi wyginęli, a niedobitki wyjechały do Izraela. Jednak druga wojna światowa to była przede wszystkim nasza martyrologia. To nasi dzielni chłopcy walczyli na Westerplatte, w Powstaniu Warszawskim i na wielu frontach w Europie. Z obywatelami wyznania żydowskiego łączył nas na wieki wieków jeden wspólny wróg.

O tym, że nie wszyscy Polacy byli tak bohaterscy i dzielni dowiedziałam się dopiero w Stanach. Mimo tego, nie mogłam pojąć, dlaczego moi żydowscy znajomi wydawali się bardziej nienawidzić nas niż Niemców. Jakbyśmy to my zrobili im większą krzywdę, niż bandyci z SS, gestapo czy Wermachtu. Dopiero jak wróciłam do Polski i założyłam swoją rodzinę, urodziłam dzieci – zrozumiałam te emocje.

 Otóż, żydowscy świadkowie Holocaustu Polaków traktowali jak zdrajców, a Niemców - jak obcych najeźdźców. Polacy, którzy ich zdradzali, byli często przed wojną sąsiadami, znajomymi, klientami a czasem nawet przyjaciółmi. Ludźmi bliskimi, którzy w chwili potrzeby zawiedli. Nikt chyba nie wątpi, że zdrada przyjaciela boli dużo bardziej niż krzywda wyrządzona przez jakiegoś przypadkowego obcego. Doprawdy trudno wymazać ten rodzaj zawodu i cierpienia. Polecam wszystkim zainteresowanym ćwiczenie z tych emocji, czyli świetną sztukę ‘Nasza Klasa’ Słobodzianka. Ona najlepiej pozwala zrozumieć drugą stronę.

 No właśnie, żeby to pojąć, trzeba zdobyć się na empatię i zrozumieć żydowski ból. Ból. Uruchomić wyobraźnię. Zrozumieć, że jak kiedyś mieszkało się gdzieś z całą rodziną, miało dom, dzieci, braci, rodziców, dziadków... miało się życie...i nagle zapadła noc i po tej nocy nic już nie było takie samo, a dawny dom stał się cmentarzem wszystkich bliskich—to trudno mieć do tego stosunek obiektywny lub nawet ambiwalentny. Można mieć prawo do wielu złych emocji. I my jako gospodarze tej ziemi powinniśmy to zrozumieć. Jeśli my okażemy szacunek dla cudzego bólu, jest szansa, że inni zrozumieją nas. A tymczasem, my chcemy łomotać Ukraińców za Wołyń, a jednocześnie nasza minister edukacji nie ma odwagi, by odpowiedzieć prawdę na pytanie o przeszłość. I bredzi publicznie jakieś androny. I nikt jej nie odwołuje następnego dnia.  Gdyby taką wrażliwość mieli twórcy nowelizacji ustawy o IPN, nie byłoby teraz międzynarodowego kryzysu dyplomatycznego.

            Tak, tak – zapyta kolega dziennikarz – Ale czemu mamy się pochylać nad ich bólem, a nie nad naszym? Ależ można jedno i drugie. Można rozumieć ich cierpienie i jednocześnie ogarnąć współczuciem i miłością matkę Anody, która przeżyła śmierć swojego syna i sama szukała jego grobu na Powązkach; można jednocześnie rozumieć ból tych wszystkich matek i ojców, których dzieci zostały bestialsko pomordowane w czasie wojny. Ten ból nie różni się niczym innym od męki matek żydowskich i potworności, które były ich udziałem, gdy patrzyły jak ich dzieci są zabijane przez polskich sąsiadów.

Cierpienie i przemoc zaczynają się tam, gdzie człowiek poddaje się złu, a zło dotyka wszystkie narody. Amerykanów też – spójrzmy choćby na ich historię z Afroamerykanami i niewolnictwem albo z rdzennymi mieszkańcami tamtych ziem. Czy oni się tego wypierają i mają pretensje, gdy ktoś o tym mówi? Nie. Sami robią o tym filmy, piszą książki, bo wiedzą, że takie tematy trzeba przepracowywać. Niemal każdy naród ma jakieś ciemne karty w dalszej lub bliższej przeszłości. Izrael ma Palestynę, a Belgowie zbrodnie w Afryce. Nie jesteśmy wyjątkiem.  Jeśli to zaakceptujemy, będziemy w stanie wyjść poza ciasny kokon własnych emocji i punktu widzenia. Wtedy jest szansa na wybaczenie i porozumienie. A tylko porozumienie – ponad i między narodami, które mają na koncie trudną historię – daje szansę na to, że taka trauma się nie powtórzy i nie będzie udziałem naszych dzieci. Przecież nie chodzi tu tylko o udowodnienie własnych krzywd i żeby nasze było na wierzchu. Chodzi o kształt naszej przyszłości. Na przeszłość nie mamy już wpływu – na przyszłość – wręcz przeciwnie.

 4. Kolejna nadużywana teza: „Mamy najwięcej drzewek w Yad Vashem i najwięcej z nas broniło Żydów. Mimo represji nieporównywalnych do innych okupowanych krajów.” To prawda i za to możemy dziękować naszym szlachetnym przodkom. Tym, którzy w tak ekstremalnych warunkach zdobywali się na wielkość. Ludziom, którzy mieli sumienie i przyzwoitość. Chwała pamięci Ulmów i Antosi Wyrzykowskiej i wielu innych, którzy odważyli się zaryzykować. Ale nie zapominajmy tego, że Wyrzykowska po wojnie bała się przyznać (podobnie jak wielu innych), że pomogła Żydom. Mam wrażenie, że Ulmom, gdyby przeżyli, też by medalu za to nie dano. Na pewno nie dostaliby go od swoich sąsiadów. A teraz wszyscy sobie nimi gęby wycierają.

Jeśli ktoś ma co do tego wątpliwości, to niech zajrzy do badań historycznych, poczyta trochę zapisów z tamtych czasów. Jest tego bardzo dużo, bo jak dotąd nie zabraniano takich badań. Ani nikt nie stwarzał klimatu niechęci do nich, co dzieje się obecnie.

 5.  „Polacy nie są antysemitami, to zjawisko marginalne” – Ja mam co do tej tezy poważne wątpliwości. Na podstawie moich znajomych też bym tak mogła powiedzieć, ale jak wiadomo, każdy z nas żyje w informacyjnej bańce. Dobieram sobie znajomych wedle własnych kryteriów i z rasistami oraz antysemitami się nie zadaję. Tyle wiemy, ile do nas dociera. Nie wszyscy Polacy są antysemitami, ale ogromna liczba – tak. I tak jest w sytuacji, gdy w naszym kraju praktycznie nie ma mniejszości. Trudno o inne wnioski na podstawie tego, co można ostatnio czytać w mediach. Chyba, że to szambo na forach internetowych nie wylewa się z kanalizacji suwerena, tylko jest sterowane przez wynajętych trolli, w co jednak trudno uwierzyć. Nie wiem, czy gdy Ziemkiewicz pisał na Twitterze i żartował z Wolskim w TVP – to miał gorszy dzień, czy puściły mu hamulce. Jest kanalią i nic mnie nie obchodzi. Interesuje mnie jednak brak reakcji instytucji na to, co mówił. A takich przypadków jest więcej.

Obserwowałam je już przy okazji pierwszych dyskusji o Jedwabnem, kiedy można było się wstydzić za większość. Kluczowe pytanie: czy mamy za co przepraszać i w związku z tym, czy przepraszać- stało się pytaniem roku. Nie chciało mi się wierzyć, że tylko jakieś 5% myślało tak, jak ja i mój mąż.  A większość szukała usprawiedliwień, odwoływała się do trudnej wzajemnej historii, „do czasów zarazy”, a więc innych miar przykładanych do ludzkich zachowań. W telewizji w poważnych programach faceci z tytułami doktorów i profesorów udowadniali, że to nie 1500 Żydów, a tylko (!) 600, i że w okolicy kręcili się okropni faszyści, a Gross to manipulator itd.  Co gorsza okazało się, że gdy sondowałam wielu moich, jakże tolerancyjnych znajomych, to ich poglądy były podobne: po co ten Kwaśniewski ma tam jeździć? – pytali. To było szokujące.

Jak bowiem można usprawiedliwiać spalenie kobiet i dzieci? Choćby jednej. Jakie znaczenie ma liczba ofiar, wobec koszmaru tej zbrodni. A zatem jeśli zrobiła to nawet garstka Polaków innej garstce Żydów, jak można nie przeprosić i nie pochylić się nad tym w milczeniu? Jak można zasłaniać się w tej sytuacji Katyniem, NKWD i UB? I co ma do tego, fakt, że "nasi" też cierpieli? Tak jakby nasze cierpienie miało unieważniać tamte zbrodnie. Takie myślenie jest obrazą – dla tych obywateli Polski, którzy w czasach ciemności zachowali jasność charakteru i pozostali po prostu dobrymi ludźmi.

 Powyższe wywody można by zakończyć takim wnioskiem: Dopóki nie wczujesz się w uczucia adwersarzy, dopóki nie zdobędziesz się na empatię, będziesz zawsze tkwił jak rozżalony dzieciak w kokonie własnych pretensji do świata, który nie docenia, nie pochyla się nad naszą krzywdą, tylko zauważa tamtych. Albo, jak pisał Mrożek, będziesz biegał po salonie, pokazując szczękę i wołał „O tu, panie, tu, Niemcy zęby wybili!”.

 Wielkość naszego narodu przez ostatnie 25 lat polegała na tym, że w przeciwieństwie do innych ludów, które z nazistami współpracowały (jak Francuzi czy Węgrzy), albo siedziały cicho jak mysz pod miotłą (patrz Czesi) – to właśnie my zdobyliśmy się na rozliczenie z przeszłością i to my mieliśmy odwagę opisywać tamte czasy pozostając w prawdzie.

 Teraz to wszystko powoli się odwraca. Nie wiem, czy zrobiono to celowo, czy przez głupotę – ale PiS nie może umyć rąk od tego, co nawyrabiał, a wspierający go publicyści od tego, że „dorzucają do pieca”. Może czasem warto spojrzeć na te kwestie z innej perspektywy.

 

© podróże codzienne
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci