Menu

podróże codzienne

Notatki z podróży przez czas...

O życiorysach, w których brakuje zbyt wielu puzzli...

monillion

Byłam dziś na filmie „Książę i Dybuk”, który jest dokumentalną opowieścią o życiu Michała Waszkiewicza, znanego przedwojennego reżysera filmowego. Po wojnie Waszkiewicz stał się rzymskim celebrytą, obracającym się wśród tamtejszej arystokracji i filmowych gwiazd. Znany był tam jako polski książę – Principe Polaco, niegdyś właściciel pałacu pod Warszawą, z którego, jak się można było domyślać, eksmitowali go komuniści. Wiadomo było, że o przeszłości nie lubił mówić i miał sporo sekretów. Autorzy filmu ustalili, że zanim się przechrzcił nosił imię Mosze Waks i pochodził z Kowna. Jego żydowska rodzina, od której uciekł do Warszawy, zginęła w czasie wojny. Przetrwały tylko wspomnienia, do których przyznawał się jedynie w swoim dzienniku. Szczególnie przetrwała pamięć pierwszej zakazanej miłości do chłopca, który wracał do niego, jak Dybuk, przez całe życie. Mosze Waks zmarł w 1965 roku. Ta próba ułożenia życiorysu z nielicznych puzzli, jakie zostawił po sobie człowiek, który z premedytacją zmieniał swój wizerunek, imiona, wyznanie, wydała mi się podobna do tego, co czeka mnie przy próbie odtworzenia życia Geli. Tyle, że ona nie chciała nic ukryć. Wręcz przeciwnie. Ją na ukrycie skazała wojna.

Gdy wyszłam z kina, rozmawiałyśmy o tym z przyjaciółką, a także o tym, jak wiele czasu poświęcam tematowi Zagłady. Zapytała mnie, czemu właściwie się tym zajmuję. Odpowiedź przyszła mi do głowy dopiero, gdy jechałam sama do domu. Wysłałam jej smsa. „Bo myśmy ich nigdy nie opłakali.”

© podróże codzienne
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci