Menu

podróże codzienne

Notatki z codziennych podróży przez czas...

Wygarnąć Obamie, załatwić Niemców i dać popalić Ruskim, czyli Unia bez tajemnic albo wizja świata według Michałkiewicza.

monillion

               Osiemnastego lipca w siedzibie Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, Stanisław Michałkiewicz, znany ze swoich antysemickich i antyunijnych wypowiedzi, przez dwie godziny wykładał swoje poglądy na temat „Polska w UE”. Fundusz zorganizował spotkanie w ramach „Wszechnicy”, o której, na stronie instytucji, nie ma ani słowa. Pracuję właśnie nad tematem związanym z ochroną środowiska, więc postanowiłam sprawdzić, jak to spotkanie wpisuje się w misję Funduszu, która jest sformułowana jako „skuteczne i efektywne wspieranie działań na rzecz środowiska”. To fakt, misja nie doprecyzowuje, na rzecz jakiego środowiska fundusz chce skutecznie działać. Wzięłam więc notes, dyktafon i postanowiłam się tego dowiedzieć.

             Na miejscu czekały już na mnie dwa radiowozy oraz pikieta sympatycznych, młodych ludzi, protestujących pod hasłem „stop – faszyzm nie przejdzie”. Wyjaśniłam im, dlaczego przechodzę i po chwili znalazłam się na piętrze, w sali wypełnionej już szczelnie polskim ludem. W pierwszym rzędzie siwe głowy, sporo wieku średniego i nieliczna młodzież. Na twarzach wielu znać było ślady przeżytego wcześniej objawienia. Widać, że nie był to pierwszy kontakt z prelegentem. Po korytarzach krążyli faceci w przydużych marynarkach z identyfikatorami organizatorów. Liczne protesty różnych środowisk przeciwko człowiekowi, który pisał o Auschwitz jako „obozie chwilowo zamkniętym”, zrobiły Michałkiewiczowi dobrą reklamę. Trudno było o wolne miejsce. Usiadłam i zamieniłam się w słuch.

            Najpierw jakiś urzędnik Funduszu wyjaśnił, że Wszechnica, założona w marcu 2016, wypełnia edukacyjno- patriotyczną część misji i służy „poszerzeniu pola debaty”. Następnie mikrofon powędrował do moderatora, który wyliczył wszystkie jasne punkty kombatanckiej przeszłości prelegenta, a potem do uśmiechniętego Michalkiewicza, który rozpoczął opowieść o tym, jak jest.

            Prelegent zaczął od rodowodu Unii, który powiązał z Karolem Wielkim, Napoleonem i Hitlerem po to, aby płynnie przejść do najważniejszej tezy współczesności. Okazuje się, że UE, w formule zawierającej państwa Europy Środkowej, to realizacja projektu Mitteleuropy, wyznaczonego przez Niemcy jako cel …w czasie I wojny światowej. W projekcie chodzi wyłącznie o utworzenie pierścienia państw niepełnosprawnych, zależnych gospodarczo od wielkiego sąsiada i pełniących funkcje peryferyjno-służebne. Następnie prelegent przedstawił długi wywód dowodzący, dlaczego przystąpienie przez Polskę do UE było, de facto, utratą niepodległości, ze szczególnym akcentem na ratyfikację zdradzieckich zapisów Traktatu Lisbońskiego (m.in. „zasadę lojalnej współpracy” oraz „klauzulę solidarności”). Przy okazji, słowem nie pisnął się o tym, że traktat ten negocjowali, połączeni telefonicznym kablem, bracia Kaczyńscy.

             Z wywodów jasno wynikało, że anonsowane ostatnio przez Steinmeyera pogłębienie integracji europejskiej może oznaczać tylko wprowadzenie „pruskiej dyscypliny” w struktury UE. Kolejny wątek, świadczący o ciemnej roli Niemców w unijnym spisku stulecia, to historia Bundeswehry w strukturach NATO i rozgrywek USA - Berlin, przyprawiona groźbami rewizji granic oraz dalszego pastwienia się państw „wielkich i mądrych” (wiadomo, kto to) nad „małymi i głupimi”(wiadomo, że niby my) .

            Przez całą prelekcję Michalkiewicz w odniesieniu do innych stosował epitety. Chyba uważał to za dobry dowcip. Francois Hollande to owczarek niemiecki (wystarczy popatrzeć), Merkel to Złota Pani (wymawiana takim tonem, by nie było wątpliwości, co sobie pod to złoto podstawić), a Rosjanie to sowieciarze, ruscy szachiści, a w najlepszym wypadku – moskaliki.

            Najciekawsze Michalkiewicz zostawił na koniec, gdy omawiał ideologiczny aspekt unijnych relacji. Okazuje się, że „poza narzucaniem rozwiązań nieakceptowalnych na poziomie narodowym” , Unia wprowadza rewolucję komunistyczną! Głównie za pomocą mediów i przemysłu rozrywkowego stosując masowe „duraczenie”. O duraczeniu prelegent musiał co nieco wiedzieć, gdy patrzył na słuchające go w nabożnym skupieniu stado.

           Dalej Michałkiewicz przeniósł się na jeszcze wyższą orbitę, bo ogłosił, że stosowane są narzędzia terroru. Na razie nie na masową skalę. Z narzędzi terroru płynnym slalomem przeszedł do państwa totalitarnego, którego przykładem, jak można się domyślać, była III RP, a dowodem na to - nieuznawanie władzy rodzicielskiej. Duży znak zapytania. Stado dowiedziało się też, że celem tej rewolucji komunistycznej (tej prowadzonej przez UE) jest wyhodowanie człowieka sowieckiego. Jeszcze większy znak zapytania.

        Ogólnie, jest wojna. A stawką w niej jest przetrwanie cywilizacji łacińskiej. Niemcy blokują nasz potencjał gospodarczy i poniżają, jak mogą, islamiści znów nacierają, a w Unii myślą tylko, żeby „wypić i zakąsić”. Było jeszcze o sitwach, tajnych służbach i otaczających nas wrogach.

          Co nas czeka? Polexit byłby niezłym wyjściem, ale może być ciężko, bo UE zastawiła na nas różne pułapki, o czym było szczegółowo. Dlatego – i tu był punkt szczytowy wystąpienia, sądząc po nagłym wzmożeniu i rumieńcu na twarzy prelegenta – Polska musi twardo wynegocjować swoje warunki! Jakie?

         Przede wszystkim, odrzucić żydowskie roszczenia majątkowe (Michałkiewicz chyba nie wie, że warszawskie grunty są rozdrapywane przez polskich cwaniaków, używających szlagierowego przekrętu „na kuratora”). I po drugie, trzeba poważnie rozmówić się z Obamą. Bo nie jest tak, że nie mamy argumentów!!! Tu prelegent wcielił się w twardego negocjatora i podniósł głos: „Polska ofiarowuje wojskom NATO własne terytorium, ryzykując w ten sposób totalną zagładę, po to, aby Stany mogły na nim prowadzić swoją globalną grę!!! W zamian, panie Obama, należy się nam traktowanie jako państwo frontowe i finansowa kroplówka!!! W wysokości – czterech miliardów!” (Nie pamiętam, złotych czy dolarów).

          No, ale żeby z Obamą negocjować jak równy z równym, trzeba się najpierw pozbyć agentów. „Tak, jak Erdogan, który zamknął ich 3000, i nieważne, czy to sędziowie czy nie!!!”

           Potem były zapytania od zgromadzonych wiernych. Na pytanie o kontrrewolucję komunistyczną, okazało się, że szansa na sukces możliwa jest tylko po odrzuceniu demokracji. Powiało grozą, ale na sali nikt nie pisnął, mimo, że prelegent powtórzył ten refren kilka razy. Kolejne pytanie wymiotło mnie z sali. Pan z prawej, szary sweterek i dżinsy, zapytał, czy prelegent nie sądzi, że pomóc by mogło intronizowanie Jezusa na króla Polski. Wychodząc, słyszałam jeszcze, że to trudna sprawa, bo trzeba by się króla pytać o zdanie w wielu kwestiach…

          Pewno coś pominęłam, ale tak pokrótce można streścić dwie godziny „poszerzania debaty” w instytucji stworzonej do ochrony środowiska naturalnego. Dyrektor biura promocji i informacji wyjaśnił mi na drugi dzień, że zasady funkcjonowania Wszechnicy nie są dostępne na stronie internetowej, bo są zawarte w dokumentach wewnętrznych, a Stanisław Michalkiewicz wygłasza swoje oryginalne tezy charytatywnie, nie pobierając opłat ze strony tej publicznej instytucji. Mam nadzieję. Na pytanie, czy planują prezentacje innych poglądów na temat Unii, usłyszałam, że wystosowano zaproszenie do Adama Michnika, ale odpowiedzi na razie nie ma.

            Przyznam, że spokojne słuchanie takiej serii manipulacji, mieszania faktów i kłamstw nie było łatwe, ale przynajmniej teraz wiem, na rzecz jakiego środowiska fundusz prowadzi skuteczne działania. Że też wcześniej nie wpadłam na to, iż nie chodzi o żubry, wilki i puszczyki, ale o środowiska radiomaryjne lub skrajnie prawicowe…

Pozytywne aspekty wojny, czyli marzenia na prawicy...

monillion

  Cichcem, chyłkiem, bez zbędnego rozgłosu, rzec można: w tajemnicy – minister Gliński zamówił recenzje programu Muzeum II Wojny u znajomych z PiSu. Recenzje chyba musiały być Top Secret, bo ciężko je było od Glińskiego wyciągnąć. Wypowiedziało się dwóch historyków i jeden znany prawicowy publicysta. Zgodnie z oczekiwaniami ministra panowie ostro skrytykowali program muzeum (opracowany m.im. na podstawie opinii Normana Daviesa, Timothy’iego Snydera czy Władysława Bartoszewskiego), bo za mało patriotyczny, za bardzo „pseudouniwersalistyczny” (Żaryn), nie spełniający oczekiwań (Semka) i zbyt negatywny (Niziński).

Oto fragment oceny Nizińskiego: wystawa "niesie głównie przesłanie o wyjątkowym nieszczęściu, jakim jest wojna. Pokazuje przede wszystkim jej negatywne aspekty. Nie ma natomiast eksponowanych cech pozytywnych, takich jak patriotyzm, ofiarność, poświęcenie (...)”

Piotr Niziński, gorący zwolennik partii rządzącej, to rocznik 1966. Można by przypuszczać, że data urodzin oraz pełniony zawód (historyk) to wystarczające warunki do tego, by wiedzieć, że wojna jednak jest „wyjątkowym nieszczęściem”. Zapominają o tym młodzi ludzie, którym marzy się bieganie po krzakach z bronią i weekendowe zbiórki w specjalnie tworzonych oddziałach strzeleckich. Zapominają o tym politycy, którzy uważają, że decyzja o stacjonowaniu NATO-wskich wojsk na terenie Polski – to cudowne wydarzenie, na które czekali Polacy. Zapominają niektórzy komentatorzy, że wyścig zbrojeń nie kojarzy się z niczym cudownym. Ale jak może zapomnieć historyk? Do tego urodzony ledwo dwie dekady po zakończeniu największej hekatomby w historii Polski?

Wyjaśnienia tej zagadki musimy szukać w sposobie patrzenia na świat tej formacji. Byłam kiedyś świadkiem wiele mówiącej wypowiedzi Jana Żaryna na ten temat. Chyba już o tym pisałam. Ale sprawa tak znamienna, że warto przypominać.

Kilka lat temu gazeta, w której pracowałam, wysłała mnie na premierę książki o polskich bohaterach wojennych, wydanej nakładem IPN-u. Po części oficjalnej i prezentacji krótkich filmów odbyła się dyskusja o najnowszej historii Polski i heroicznych postawach w czasach współczesnych. Z różnych wypowiedzi zaproszonych historyków, najbardziej utkwiły mi w pamięci słowa Jana Żaryna, wówczas jeszcze dyrektora Biura Edukacji Publicznej IPN. Zapamiętałam go ze względu na niezwykły punkt widzenia, jaki przedstawił zebranej na sali młodzieży, przygnanej tam z jakiegoś podwarszawskiego gimnazjum.

Był maj, świeciło słońce, na dworze pachniały bzy. Młodzi ludzie, zdaje się, zaliczali właśnie program historyczny w ramach klasowej wycieczki. Choć zachowywali się kulturalnie i słuchali w ciszy wystąpień, widać było, że w głowach im raczej wiosna niż wojenne dramaty. Każdy z nas pamięta to słoneczne przeczucie, pojawiające się około połowy maja, że jednak rok szkolny kiedyś się skończy i już niedługo będzie można spakować plecak, wsiąść do pociągu i na dwa miesiące zapomnieć o testach i nudnych lekcjach.

Profesor Żaryn przypomniał ‘kochanej młodzieży’, że też kiedyś był młody. Niestety przypadło to na czasy głębokiego PRLu, gdy nie bardzo dawało się coś robić, a już na pewno wykazywać bohaterstwem. W całym kraju panowała gierkowska szarzyzna, tymczasem profesorem miotała ogromna chęć poświęcenia się dla Polski, pragnienie utraty życia albo chociaż zdrowia. Najchętniej, w jakimś powstańczym zrywie albo wojnie. A tu nic... Dlatego Janek Żaryn z zazdrością (!) myślał o powstańcach warszawskich, którzy mieli lepiej, bo mogli być bohaterami (i umierać za ojczyznę)... Na szczęście doczekał się solidarnościowego zrywu i marzenia po części się spełniły – można się było wykazać... Tak. Naprawdę powiedział, że zazdrościł młodym powstańcom.

            Słuchałam tego w lekkim osłupieniu, a młodzi patrzyli na Żaryna z dziwnym wyrazem twarzy. Myślę, że widzieli w nim kosmitę, którego spuszczono na scenę z jakiegoś UFO-busa, ale zapomniano wprowadzić na jego twardy dysk program z translatorem dźwięków. Mówił do nich językiem obcym, choć łudząco podobnym do polskiego. Nie wiedzieli, co ma na myśli ten człowiek, który wydaje się żałować, że wokół pokój i spokój, a nie wojenne szaleństwo. Tęsknota za męczeństwem wydawała się tym ludziom całkowicie obca. I pewno wydaje się taka większości z nas.

Należy to uznać za wspaniały, zdrowy objaw, charakterystyczny dla narodów, którym udało się nie walczyć na żadnym froncie przez jakieś pięć dekad. Polacy szczęśliwie przekroczyli ten próg i stąd współczesne małolaty, czyli roczniki urodzone w latach 90tych, kompletnie nie rozumieją tęsknoty profesora. Na szczęście. Myślę, że patriotyzm pojmują w kategoriach pracy dla ojczyzny i szacunku dla jej osiągnięć raczej niż biegania z karabinem między bzykającymi koło uszu kulami...

            Portugalczycy mają swoją saudade, czyli tęsknotę za czymś odległym, utraconym i bliżej nieokreślonym. Wystarczy posłuchać melancholijnego fado, by zaraz wyobrazić sobie skrzypiącą karawelę, sunącą donikąd, po szarych, mglistych wodach Tagu, zostawiającą za rufą niedoszłe wyznania miłości, niespełnienia - popełnione na pięknych, wąskich uliczkach Lisbony. Nasze polskie saudade, w wersji PiS, to romantyczna wizja śmierci za ojczyznę, pod gradem kul, niemieckich lub sowieckich. Bohater biegnie zakosami, dostaje w brzuch, efektownie się zwija i pada na bruk, a nad nim zaczynają rosnąć niezapominajki i szumieć wierzby. Nie ma bólu, krwi i rozlanych po gaciach bebechów, nie ma jęku, wycia i paniki w obliczu otaczającego szaleństwa. Chodzi głównie o to, by tak, jak w starej starej piosence,  „na dnie z honorem lec!” …

Ten tekst powstał tydzień temu. Publikuję, bo nadal aktualny ... 

Bukowski, Kieślowski i rzecznik Magierowski, czyli o rządzących bez wątpliwości...

monillion

        W Rzymie trwa retrospektywa filmów Krzysztofa Kieślowskiego. Autor jego biografii „Ważne, żeby iść” wspomina, jak często reżyser przyznawał się do niepewności. „Nie wiem rozgościło się w jego świadomości. Czasem brzmiało jak wyznanie wiary lub niewiary. Brało się z przygód człowieka myślącego, z doświadczeń i przeżyć, ciekawości i z bezsilności. Wyrażało niemożność znalezienia odpowiedzi na liczne pytania, które niesie życie. Stało się filarem jego postawy.” Kieślowski łączył talent, wrażliwość i skromność. Dobrze, że zrobił tyle filmów, ale wątpię, by chciał je tworzyć dziś. W czasach rządów tych, którym wydaje się, że wszystko wiedzą lepiej. Pisarz, Charles Bukowski, odnotował kiedyś, że ludzie inteligentni są zwykle pełni wątpliwości, podczas gdy idioci – zawsze pewni siebie.

           Niedawna wypowiedź przedstawiciela rządzących sprawiła, że z mojego biurka zwiało cały plik tematów do tego felietonu. Jeśli tak, jak rzecznik prezydenta, Marek Magierowski, myślą wszyscy po tamtej stronie politycznego rowu, to wiadomo, dlaczego ten rów przekształca się w tektoniczny uskok o głębokości kanionu Colorado. I dlaczego tak wielu wychodzi na jego brzeg, by zamanifestować swój sprzeciw wobec obozu władzy. Rzecznik tak oto zwierzył się przepytującemu go dziennikarzowi „Kultury Liberalnej”: „Kiedy naciskamy na ten czy inny klawisz i słyszymy zgrzytanie, to znaczy, że coś jest na rzeczy. Jeżeli robimy coś, co jest nie w smak iluś sędziom, prokuratorom czy rektorom; kiedy pojawiają się listy oburzenia, mnie rodzi się w głowie myśl: nacisnęliśmy na ten odcisk, na który powinniśmy byli nacisnąć.” To prawdziwie twórcze podejście do sztuki rządzenia, choć rzadko praktykowane w demokracjach. Innymi słowy: jeśli podejmujemy decyzje, które wywołują opór, nie zastanawiamy się nad sensem naszych działań, nie poddajemy ich weryfikacji, i, broń boże, nie cofamy się. Wręcz przeciwnie – brniemy dalej, bo „coś jest na rzeczy”.  

              A zatem - kiedy w Janowie Podlaskim zastąpiliśmy profesjonalne kierownictwo partyjnymi amatorami bez doświadczenia i wiedzy na temat koni, a środowisko koniarzy głośno zaprotestowało, to nie był znak, że niszczymy renomowaną hodowlę polskich arabów, ale że następujemy na właściwy odcisk. Kiedy wbrew opiniom Rady Ochrony Przyrody, biologów i ekologów, zdecydowaliśmy o wyrębie Puszczy Białowieskiej, co wywołało liczne protesty w mediach i na ulicach – to też trafiliśmy we właściwy klawisz. Podobnie było, gdy przejmowaliśmy media publiczne, spółki skarbu państwa czy prokuraturę – wyrzynając w pień stare kadry, niezależnie od ich zasług i dorobku. Towarzyszące temu protesty oznaczają po prostu, że „coś” jest na rzeczy. Trudno się dziwić, że w tej logice nie ma miejsca na porozumienie w sprawie Trybunału Konstytucyjnego. Słychać tylko zgrzyty.

             Gdyby rozwinąć tę taktykę twórczo, można by zazgrzytać głośniej. Wystarczy rozejrzeć się po tym, co jeszcze w kraju działa i ruszyć do akcji. Na przykład, zmusić trenera Nawałkę, by zastąpił Lewandowskiego jakimś chętnym. Może miłośnikiem partii rządzącej? Na pewno znajdzie się taki, który lubi pokopać piłkę, a teraz chciałby się sprawdzić w boju. Protesty gwarantowane. Trener wraz ze swoim zespołem podobno obejrzał 973 mecze, zanim podał skład kadry na Euro, więc mógłby się trochę denerwować, ale przecież na autorytety są sposoby. A chętnych, by go zatąpić łatwo się znajdzie. Szef stadniny w Janowie też uchodził za znawcę, dopóki nie przyjrzała mu się nowa władza. A teraz do konkursu na jego stanowisko przystąpił spory tłum. W Polsce jest tylko kilku fachowców od arabów, ale to nie przeszkadza, by chętnych było stado.

           Pewien profesor psychiatrii i ordynator oddziału chorób afektywnych zwrócił niedawno uwagę, że pacjenci jego placówki od lat głosują tak, jak nasz naród. Warto przy tym dodać, że, zgodnie z prawem, na czas wyborów zdrowsi kuracjusze są wypuszczani na przepustki. Profesor podobno zgłaszał te obserwacje już kilkakrotnie, ale nikt nie chciał zrobić z nich użytku. Bukowski by zrobił.

 

Żubry wstają z kolan!

monillion

Dzień zaczął się dobrze, mimo że lało tak, jakby pan Bóg zastanawiał się nad powtórką sztuczki z Noem i jego arką. Siedziałam w pięknym, odrestaurowanym gmachu czytelni na Koszykowej w sali im. Władysława Bartoszewskiego. Nowa siedziba, w przeciwieństwie do poprzedniej, jest jasna, nowoczesna i odkurzona. Czekałam, aż przywiozą mi, zamówione chwilę wcześniej, wydania Kuriera Warszawskiego i Rzeczpospolitej ze stycznia 1924 roku. Miałam nadzieję na odszukanie nekrologu lub choćby małej informacji o pogrzebie pewnej dobrze urodzonej panny, która przeniosła się do lepszego świata tamtej zimy. Aby się nie nudzić, sięgnęłam po jedną z codziennych gazet, wystawionych na półkach do czytania. Nikt nie patrzył, diabeł kusił, więc postanowiłam swobodnie przekartkować drukowane kuriozum pod tytułem „Gazeta Polska”, które mam w ręce średnio raz na pół roku. Sprawdzam wtedy, czym się truje lud. Od ostatniego razu, nic się nie zmieniło. GP nadal trzyma się teorii wielkiego spisku elit, rozpadu III RP, zdrady smoleńskiej i brudnych związków Gazety Wyborczej. Nazwisk piszących nie trzeba reklamować- Wolski, Gargas, Kania czy Terlikowski. W pamięci utkwiło mi kilka złotych myśli z pobieżnej lektury - np. że ‘w normalnym kraju po takiej katastrofie jak smoleńska, powstałoby setki dzieł filmowych’, albo, że „jesteśmy zbyt ważni dla UE, by się przejmować jej pouczeniami’ – Turcja podskakuje, a jest hołubiona, więc skaczmy, ile wlezie, bo oni mogą nam, co najwyżej, skoczyć. Długo, by wymieniać, ale szkoda czasu. Nie sposób jednak pominąć artykułu Tomasza Terlikowskiego, który przestrzega przed inwazją propagandy homoseksualnej i jej wpływem na rozpad dobrych związków małżeńskich. Jak twierdzi Terlikowski (skąd on o tym wie?), eksperymenty seksualne z ludźmi tej samej płci – do których zachęca dziś szkoła i lewacy (!) – zostawiają silne piętno na psychice i dlatego trzeba im się przeciwić na wszystkich frontach. Trzeba być czujnym, wróg nie śpi! Dobrze, że posterunku nie opuszcza redaktor Terlikowski.

Ale nie o tym miałam pisać. Miało być przecież o tym, że żubry wstają z kolan!

Oto słowo na dziś:

Ponurek Schneidera, zgniotek cynobrowy lub dzięcioł trójpalczasty białogrzbiety. Albo: włochatka zwyczajna o pięknym łacińskim tytule – Aegolius funereus lub sóweczka – Glaucidium passerinum – niby też zwyczajna, a upolować potrafi stwora większego od siebie. Brzmią pięknie. I ratują nasz honor. A dokładniej – ratują honor ich obrońcy, dowodząc, że nasz naród cudowny potrafi być, kiedy chce. Pochylić się potrafi ten naród - w osobie swoich przedstawicieli - nad maleńkim żyjątkiem lub przestraszonym puszczykiem, bezbronnym wobec szaleństwa nieudaczników, wybranych na wysokie stanowiska i zarządzających naszymi lasami, stadninami, polityką zagraniczną oraz wojskiem. Obrońcy ponurka i zgniotka są przeciwwagą dla ataków na Wałęsę, na araby w Janowie i dla papierowej szarży Macierewicza, przebranego w strój huzara. Chwała im za to!

Ich energiczne działania w obronie Puszczy Białowieskiej, doprowadziły w ubiegłym tygodniu do wizytacji Komisji Europejskiej i oceny działań resortu ministra Szyszki. Okazuje się, że KE nie rozumie unikatowego programu, zaproponowanego przez Lasy Państwowe, pod hasłem: „ochrona puszczy jako źródła desek”. Durni eurokraci nie poznali się na mądrości Szyszki i jego ekipy, którym dobro puszczy spędza sen z powiek i zmusza do alpejskich kombinacji, by zielone chaszcze przed zgubnym wpływem ekologów i biologów ocalić. Wiadomo przecież, że to „cyngle Michnika, gorszy sort i targowica”, która donosi do Brukseli po to, by powstrzymać dobrą zmianę. Tymczasem dzięki nowym władzom w ministerstwie środowiska - leśnicy odzyskują suwerenność, a żubry wstają z kolan.  

Gradacja kornika drukarza brzmiała przekonująco dla tych, którzy na lasach się nie znają. Jak to nie wyszło, kornika zastąpiły kolejno: ochrona przeciwpożarowa, bezpieczeństwo turystów i, na koniec, ochrona siedlisk gatunków „priorytetowych”, których przedstawicieli wymieniłam na początku. Tyle, że "priorytetowi" wolą mieszkać w puszczy nie ulepszanej przez drwali. Gdyby mieli głos, dołączyliby do chóru ekologów i zorganizowali wielką manifestację przeciwko „gradacji Szyszki w puszczy”.  

 

Gra o Tron, czyli Brazylia steruje na prawo...

monillion

 W ostatnim wydaniu Newseeka jest mój artykuł o sytuacji politycznej i „grze o tron” w kraju, który jeszcze niedawno zachwycał udaną transformacją. (brzmi znajomo?) Stawką jest władza nad największym terytorium Ameryki Południowej i 200 milionami jego mieszkańców. Jest o co walczyć. Dla zainteresowanych tematem zamieszczam poniżej pełną wersję tekstu.

„Gra o Tron” to jeden z ulubionych seriali prezydent Brazylii, Dilmy Rousseff. Produkcja HBO przypomina jednak  nudnawą bajkę w porównaniu z walką o władzę, jaka toczy się za oceanem. Podczas, gdy Brazylia pogrąża się w kryzysie, do boju ruszyła armia konserwatywnych polityków i prawników, którzy mają dość 13 lat rządów lewicy. Właśnie wygrali ważną bitwę na drodze do usunięcia prezydent z urzędu.

Na nic zdało się dramatyczne przemówienie prokuratora generalnego Brazylii, Jose Euardo Cardoso, wygłoszone nad ranem w czwartek tuż przed senackim głosowaniem. - Nie ma żadnych konstytucyjnych podstaw do odwołania prezydent Rousseff! Jeśli do tego doprowadzicie, weźmiecie udział w zamachu stanu i zamienicie nasz kraj w największą republikę bananową świata! – wołał wzburzony Cardoso do umęczonych, trwającą ponad 20 godzin sesją, senatorów. Nie został wysłuchany. Prezydent Rousseff odwołano, a jej obowiązki tymczasowo przejął Michel Temer. Senat ma teraz pół roku na decyzję, czy zarzuty stawiane Dilmie (tak się ją określa w Brazylii) uzasadniają ostateczne usunięcie jej z urzędu.

 Krajem zarządza zatem przewodniczący największej partii w parlamencie, PMDB, cieszący się poparciem społecznym rzędu 2 % i oskarżony o korupcję w głośnej aferze Petrobrasu. Jego nazwisko znajduje się na długiej liście przekupionych, odnalezionej w biurach firmy inżynieryjnej, Odebrecht, głównego „udziałowca” korupcyjnego skandalu. Wiadomo, że ta lista zawiera nazwiska wielu polityków, którzy głosowali za impeachmentem. Nie ma na niej natomiast nazwiska Rousseff. Lista została odkryta w marcu i błyskawicznie utajniona przez prokuratora prowadzącego śledztwo. Obrońcy Dilmy twierdzą, że celowo.    

Niecały miesiąc wcześniej, podczas głosowania nad rozpoczęciem procedury impeachmentu w niższej izbie parlamentu, prawicowy kongresman Jair Bolsonaro, powołał się na honor, nieżyjącego od kilku lat, pułkownika Carlosa Brilhante Ustry. Ustra był znanym członkiem wojskowej junty, która doszła do władzy w Brazylii w 1964 roku i rządziła krajem przez 21 lat. Ulubioną metodą działania Ustry był pau de arara, czyli drążek papugi. Chodziło o to, żeby mocno przywiązać nadgarstki do kostek rozebranego więźnia, a potem pod jego kolanami przeciągnąć gruby kołek i oprzeć go na dwóch blatach. Tak unieruchomiony człowiek, zawieszony głową w dół, poddawany był dodatkowym torturom – elektrowstrząsom, podtapianiu lub biciu w podeszwy. Wśród setek więźniów, których Ustra katował w ten sposób, była też aktywna działaczka ówczesnej opozycji, o pseudonimie Estela. Dilma Rousseff rzadko odnosi się do czasów, gdy używała tego imienia, ale prowokacja Bolsonaro musiała być dla niej wyjątkowo bolesna.

Jeśli dojdzie do wcześniejszego rozpisania wyborów prezydenckich, co jest możliwe, kandydatem prawicy będzie właśnie Bolsonaro. Jest popularny wśród najbardziej konserwatywnych przeciwników Dilmy Rousseff. Według analiz socjologicznych, jej przeciwnicy to na ogół przedstawiciele klasy średniej i wyższej, biali i wykształceni. Prawie 40% z nich zarabia 10 razy więcej niż wynosi średnia krajowa. Symbolem tej grupy społecznej stało się zdjęcie zrobione podczas ulicznej manifestacji. Przedstawia ono małżeństwo o jasnej karnacji z dwójką dzieci (i pieskiem rasy york na smyczy), idące na demonstrację w koszulkach reprezentacji Brazylii. Za nimi podąża czarnoskóra niania, ubrana w charakterystyczny biały uniform służącej, z najmłodszym dzieckiem w wózeczku. Niechęć do rządzącej Partii Pracujących, czyli PT, wyrażana przez elity na ulicach miast, wiąże się nie tylko z aferą Petrobrasu. Protestów nie było, gdy równocześnie z procesami zasypywania ekonomicznych i społecznych przepaści pod rządami prezydentów Luli i Dilmy, rozwijała się gospodarka i bogacili wszyscy. Jednak w momencie, gdy skończyła się dobra koniunktura, spadły ceny eksportowanych surowców i zaczął poważny kryzys ekonomiczny, ujawnili się przeciwnicy lewicowych programów, rozdawnictwa świadczeń i pieniędzy.

– Lewica jest oskarżana o zrujnowanie gospodarki – mówi pisarka i autorka blogu „RioReal”, Julia Michaels – a Dilma o brak kompetencji i umiejętności zarządzania państwem. Problemem jest nie tylko Petrobras. W stanie przedzawałowym są też fundusze ubezpieczeniowe, które nie mają pieniędzy na wypłaty rent i emerytur, a równocześnie są właścicielami ogromnego majątku w całym kraju. W Rio de Janeiro, na przykład, należy do nich metro. Poza tym, gdyby Petrobras był firmą prywatną, już dawno by zbankrutował.

To prawda. Naftowy kolos, perła w koronie brazylijskiej gospodarki, zatrudniający kiedyś 86 tysięcy ludzi, sponsorujący niezliczone programy i przedsięwzięcia społeczne w całym kraju, wytwarzał w dobrych czasach 10 procent produktu krajowego brutto. W rezultacie recesji i afery korupcyjnej, (podczas której z Petrobrasu wyprowadzono 3 miliardy dolarów) wartość firmy spadła o połowę. Jej problemy dodatkowo się pogłębią, gdy odezwą się amerykańscy prawnicy, przygotowujący właśnie gigantyczny pozew w imieniu poszkodowanych inwestorów.

Od czasu, gdy finansowe przekręty w firmie zaczęli badać prokuratorzy, wniesiono już 117 aktów oskarżenia, a za kratki trafili ważni politycy i biznesmeni; w tym szef inżynieryjnego konsorcjum, Odebrechtu, stawiającego w Brazylii stadiony, tamy i, ostatnio, obiekty olimpijskie. Choć w aferze brało udział ponad 50 polityków z sześciu różnych partii, główne uderzenie mediów i opozycji skierowane zostało na przedstawicieli PT.

Prowadzący dochodzenie w sprawie Petrobrasu, młody prawnik z Kurytyby, Sergio Moro, dokonał głośnego aresztowania prezydenta Luli w marcu. Miało ono rzekomo służyć doprowadzeniu polityka na przesłuchanie. Fakt, iż Lula wcześniej stawiał się na każde zawołanie prokuratorów, wskazywało raczej na chęć pokazania go całemu światu w kajdankach. Gdy Dilma postanowiła ratować Lulę, dając mu stanowisko w rządzie i immunitet, Moro natychmiast upublicznił podsłuch z ich rozmowy, która, jak to zwykle bywa z podsłuchami, idealnie podkręciła atmosferę nagonki na PT. Poparcie dla Dilmy spadło do katastrofalnych 6 procent i stworzyło idealny klimat do skrócenia jej kadencji.

Bezpośrednim pretekstem impeachmentu stało się manipulowanie budżetem, które miało jej pomóc wygrać wybory. Problem jednak w tym, że takie praktyki akceptowano wcześniej, a ci, którzy ją oskarżyli o finansowy przekręt, sami uginają się pod ciężarem kryminalnych zarzutów. Ich motywy też są podejrzane. Widać to było podczas pierwszego głosowania, kiedy kongresmeni uzupełniali swoją decyzję krótkim wyjaśnieniem, w imię jakich wartości decydują. Zamiast, stosownie do okazji, odnieść się do dobra wspólnego – ojczyzny czy społeczeństwa, w większości wypadków powoływali się na własne klany, rodziny, ciotki, dzieci, w jednym - na naszą galaktykę oraz ET (tego z filmu Spielberga). Wielu posłów głosowało w imię „Boga Najwyższego” i oczyszczenia kraju, choć aż 352 kongresmenów jest oskarżonych o przestępstwa. A potem wystąpił Bolsonaro i jego syn, którzy oddali hołd wojskowej juncie.

Profesor Sergio Lamarao, historyk z Rio de Janeiro, mówi, że nie mógł tego słuchać. Gdy zaczęła się wojskowa dyktatura, miał 11 lat. W jej cieniu przeżył całą młodość. Jego przyjaciele byli aresztowani, więzieni i torturowani, dlatego takie słowa w jego uszach zabrzmiały jak wyraźne ostrzeżenie. Uważa że to, co się dzieje w kongresie to golpe, czyli kolejny zamach stanu, zmontowany przez tych, którzy nie potrafią się pogodzić z wynikiem wyborów.

Kraj jest podzielony w tej sprawie tak, jak politycy. Obrońcy Dilmy twierdzą, że procedura impeachmentu została wszczęta, by wyciszyć sprawę Petrobrasu i przykryć kolejne afery korupcyjne. Wiadomo o ogromnych nieprawidłowościach przy wznoszeniu obiektów olimpijskich, w które zamieszany jest Odebrecht i partia Temera, PMBD, która rządzi w Rio de Janeiro. Na wyjaśnienie czeka sprawa mafii przemytniczej na lotnisku Galeão w Rio, w którą uwikłani są przestawiciele policji federalnej i wysocy urzędnicy, czerpiący ogromne zyski z przemycanego do Brazylii amerykańskiego sprzętu elektronicznego. Jest jeszcze sprawa Narodowego Banku Rozwoju (BNDES) i wiele innych, które dzięki mediom społecznościowym przeciekają do publicznej świadomości.

Zwolennicy Dilmy mówią, że tylko ona miała wolę, by takie sprawy „czyścić”. Jak dotąd mimo starań, nie udało się udowodnić, że czerpała korzyści z afery Petrobrasu, choć gdy firmę okradano, zasiadała w jej radzie nadzorczej. – Co lepszego mogła zrobić niż zostać prezydentem i dobrać się do tych oszustów od góry? – pyta Lali Maja, nauczycielka angielskiego z Rio de Janeiro. - Te aresztowania ludzi władzy to przełom w historii Brazylii. Czegoś takiego jeszcze tu nie widzieliśmy! Teraz, żeby ratować własną skórę, będą jej przez pół roku udowadniać, że popełniła przestępstwo.

 Dilma Rousseff zapowiedziała, że będzie się bronić do końca. Wydaje się jednak, że jej szanse na powrót do władzy są niewielkie. Ma przeciw sobie nie tylko większość kongresmenów, ale też sporą część społeczeństwa i media, które należą do czterech potężnych rodzin i tkwią korzeniami w epoce wojskowej dyktatury. Największy koncern O Globo, należący do rodziny Marinha, otwarcie sprzyjał juncie, a swoją pozycję zbudował dzięki jej wzajemności. Przez 20 lat był aktywnym narzędziem propagandy w systemie, który mordował ludzi za ich poglądy. Wprawdzie w 2013 roku w dość mętny sposób przyznał się do błędów, lecz wielu uważało to za element marketingowej gry. Od początku urzędowania Dilmy Rousseff, O Globo, którego codziennie słucha lub ogląda 91 milionów ludzi, prowadził skoordynowane ataki na nią i jej rząd.

Flavia Campusao, była wieloletnia szefowa agencji medialnej O Globo mówi, że jej ostatni okres pracy wiązał się ze stałym dylematem etycznym – jak radzić sobie z codzienną ingerencją edytorów wiadomości. Standardem było takie redagowanie stron tytułowych dzienników, by wypadały one jak najmniej korzystnie dla obecnej prezydent. Dbano o najmniejsze detale. Campusao przytacza przykład wydania dziennika, w którym przez nieuwagę dopuszczono do druku zdjęcie Dilmy w samolocie z napisem „forca”, (port. „potęga” lub „moc”) na kadłubie. W kolejnych wydaniach wycięto je z kadru. W wywiadzie dla telewizji CNN Dilma narzekała – Prześwietlono całe moje życie i nic na mnie nie znaleziono. Zarzucano mi już wszystko. Nawet to, że mam depresję i powinnam się leczyć.

 „Todos son bandidos” ( port. ‘To same łotry’) taką odpowiedź można najczęściej usłyszeć, gdy pyta się prostych Brazylijczyków o rządzących. Ostatnie skandale korupcyjne tylko te opinie ugruntowały; podobnie jak zeszłotygodniowy chaos w kongresie, związany z odwoływaniem i wznawianiem procedury impeachmentu. Dilma oskarżana jest o błędy w zarządzaniu gospodarką, które, w połączeniu z załamaniem cen surowców i spadkiem popytu wewnętrznego, doprowadziły do kryzysu stulecia. Na jego rozmiar wpłynęło odwlekanie koniecznych reform podatków, emerytur, służby zdrowia i szkolnictwa. Nie pomogła też nagle wdrożona polityka zaciskania pasa, która miała ratować gospodarkę w ostatnich miesiącach. Wieści o ograniczaniu programów socjalnych zraziły do rządu Dilmy, tych, którzy ją tradycyjnie popierali - czyli przedstawicieli mniej zamożnych sektorów społeczeństwa. Podczas, gdy wskaźniki ekonomiczne dołują, real spada, inflacja rośnie, w Rio, gdzie za chwilę rozpoczną się igrzyska olimpijskie – same plagi: epidemia wirusa Zika, świńskiej grypy i tradycyjnej nieudolności organizacyjnej.

Trudno przewidzieć, czy Michel Temer poradzi sobie z zadaniem, jakie przed nim staje. Dwie trzecie Brazylijczyków widzi rozwiązanie w przyspieszonych wyborach prezydenckich. Problem w tym, że na horyzoncie nie widać nikogo, kto mógłby sprostać gigantycznemu wyzwaniu, jakim jest naprawa gospodarki, odzyskanie zaufania wyborców i inwestorów oraz równoczesne usunięcie z brazylijskiego społeczeństwa wirusa korupcji, którym zainfekowane są niemal wszystkie państwowe instytucje. Aby osiągnąć ten cel, trzeba by najpierw zmienić system wyborczy. Dziś wprowadza on do polityki hordy cwaniaków (i pajaców), którym  dobro kraju kojarzy się głównie z napychaniem własnej kiesy. Niestety systemu nie da się zmienić, bez reformy konstytucji, a tu potrzebna byłaby wola tych, którzy teraz korzystają z politycznych apanaży. To paradoks, który będzie rozwiązany tylko wtedy, jeśli brazylijska demokracja przetrwa tę „grę o tron”, poradzi sobie z kryzysem ekonomicznym i zmieni procedury, którymi się rządzi.

 

Polityczny przewrót, albo powtórka z historii - czyli co dalej, Brazylio?

monillion

 Ostatnio w mediach ukazało się sporo artykułów na  temat sytuacji w Brazylii.   “Protesty społeczeństwa zmęczonego korupcją rządu” brzmi  dość jednostronna ocena wielu komentatorów. Sytuacja jest jednak dużo bardziej skomplikowana, bowiem protestuje  tylko część społeczeństwa, która jest i zmęczona i stęskniona. Głównie - do rządów innej opcji politycznej. Jeśli zaś chodzi o korupcję – to jedno jest pewne –  odejście Rousseff  nie gwarantuje, ani nawet nie daje nadziei na to, że korupcja zmaleje.  Mój tekst jest próbą wyjaśnienia, dlaczego tak jest. 

O tym, że w Brazylii źle się dzieje wiemy od 3 lat, gdy telewizje po raz pierwszy pokazały masowe demonstracje uliczne przed Mundialem. Okazało się wtedy, że flagowy okręt ekonomicznej grupy BRIC, czyli wschodzących gospodarek świata, szybko nabiera wody. Sytuację pogorszyło postępujące spowolnienie gospodarcze, wielkie afery korupcyjne, spadek poparcia dla gabinetu Dilmy Rousseff, problemy z organizacją kolejnej wielkiej imprezy sportowej w Rio de Janeiro i epidemia wirusa Zika, która odstrasza turystów. Jakby tego było mało, w marcu świat obiegły informacje o zarzutach wobec prezydenta Luli, który jest symbolem brazylijskiego awansu cywilizacyjnego ostatnich dekad. To kolejny gwóźdź do trumny brazylijskiej klasy politycznej, kojarzonej z finansowymi przekrętami i powszechną korupcją.

Na ulicach brazylijskich miast znów ujrzeliśmy rozgniewane tłumy, sprowokowane kolejnymi odsłonami afery korupcyjnej wokół państwowego giganta naftowego, Petrobrasu. Jej negatywnymi bohaterami są czołowi politycy i biznesmeni kraju, co tłumaczy dlaczego, ludzie manifestują przeciw korupcji i obecnemu rządowi. Jest to jednak tylko część prawdy, bo w rzeczywistości, jak wspomniałam we wstępie, nie wszyscy chcą tej samej zmiany.

Istotnie, wiele osób ma dość rządów prezydent Rousseff, ale, jak dowodzą analizy socjologiczne, są to na ogół przedstawiciele klasy średniej i wyższej, zamożni, biali i wykształceni. Prawie 40% z nich zarabia 10 razy więcej niż wynosi średnia krajowa. Symbolem tej grupy społecznej, która na manifestacjach woła „Fora Dilma, fora Lula e fora PT!” , czyli precz z Dilmą, Lulą i ich partią- jest zdjęcie zrobione na jednej z takich manifestacji. Przedstawia ono małżeństwo o jasnej karnacji z dwójką dzieci i pieskiem rasy York na smyczy, idące na demonstrację w żółto-zielonych koszulkach reprezentacji Brazylii. Za nimi podąża ich czarnoskóra służąca, ubrana w charakterystyczny biały uniform, z najmłodszym dzieckiem w wózeczku.

Niechęć do Partii Robotników wyrażana przez elity na ulicach miast, nie wiąże się wyłącznie z ostatnią aferą wokół paliwowego giganta. Chodzi raczej o sprzeciw wobec przedłużających się rządów lewicy, która pod przewodnictwem prezydentów Luli i Dilmy, wyciągnęła w ostatnich dekadach ze skrajnej biedy 30 milionów Brazylijczyków, narażając jednocześnie na szwank interes klas wyższych. Protestów nie było, gdy równocześnie z procesami zasypywania ekonomicznych i społecznych przepaści, rozwijała się też gospodarka i bogacili się wszyscy. Jednak w momencie, gdy skończyła się dobra koniunktura, wartość reala dramatycznie spadła i zaczął poważny kryzys, – ujawnili się przeciwnicy lewicowych programów rozdawnictwa świadczeń i pieniędzy. Nadużycia wokół Petrobrasu były tylko pretekstem. Warto zauważyć, że ich sprawcy stają przed sądami (dotąd postawiono zarzuty ponad 170 osobom, m.in. takim rekinom biznesu, jak szefowi giganta budowlanego Odebrecht) dzięki zmianom w prawie, wprowadzonym przez samego prezydenta Lulę. Dotąd skorumpowani politycy, którzy stanowią starą plagę w kraju kawy, byli praktycznie nietykalni.

Świadomi tego Brazylijczycy organizują oddzielne manifestacje i prezentują zupełnie inne hasła. Nie chcą przewrotu, nie podoba im się pomysł impeachmentu, czyli usunięcia Dilmy z urzędu pod naciąganym pretekstem. Uważają, że jest to, zaplanowany przez prawicę, atak na lewicowe rządy, trwające nieprzerwanie od 13 lat. Zamiast wygrać w następnych wyborach, które dopiero za 2,5 roku (na co szansa jest mała), wolą odsunąć Dilmę od władzy poprzez wątpliwe oskarżenie i proces. Wspiera ich medialny koncern Globo, który w czasach dyktatury wojskowych w drugiej połowie XX wieku, wyraźnie wspierał rządzącą juntę. Wielu obywateli obawia się przewrotu politycznego, który miałby zawrócić Brazylię z drogi wyrównywania społecznych szans, wskazanej przez obywateli w czterech ostatnich wyborach. Poza tym ci, którzy mieliby ją zastąpić, a więc przedstawiciele partii PMDB, są także obciążeni oskarżeniami o finansowe przekręty.

W mediach społecznościowych krąży wywiad przeprowadzony przez dziennikarza BBC z prawicowym prezydentem Fernando Henrique Cardoso, który sprawował rządy przed Lulą. Za jego kadencji 600 zawiadomień o przestępstwach popełnionych przez polityków trafiło do szuflady prokuratora generalnego, Geraldo Brindero, wybranego osobiście przez prezydenta. Nikt nie został skazany. Cardoso broni się, twierdząc, że prokurator był niezależny, co dla wielu Brazylijczyków jest żenującym unikiem i przyznaniem się do faktu, że korupcja była zawsze tolerowana. Cardoso jest obecnie jednym z orędowników odejścia Dilmy z urzędu.

Ostatnio znani naukowcy i profesorowie wyższych uczelni napisali list otwarty do międzynarodowych mediów prosząc o wsparcie brazylijskiej demokracji. Obawiają się powtórki z 1964 roku, kiedy to wojsko przejęło władzę po marszach protestu, również przeciwko korupcji. Podobnie jak dziś protestowały głównie elity – bogaci i biali. Podobnie jak dziś domagano się ustąpienia rządu- który miał zrujnować Brazylię. Z kolei grupa młodych artystów nagrała wideo, które jest rozpowszechniane w mediach społecznościowych. Są przeciw korupcji, ale twierdzą, że jeszcze nigdy nie była ona tak tępiona, jak obecnie. Są również przeciwko nędzy, zbyt małym płacom, szkołom dla bogatych, uniwersytetom dla białych, przeciwko przemocy wobec kobiet, homofobii, machismo, rasizmowi i przemocy policji; przeciwko wymiarowi sprawiedliwości, który rozlicza tylko jedną stronę polityczną, a przede wszystkim - są przeciwko „golpe” – zamachowi stanu. Są za demokracją, za prawdziwą reformą polityczną. A ta może się zacząć tylko wtedy, gdy wybory będą bardziej transparentne, gdy zmieni się system, w którym prywatne osoby mogą sponsorować kandydatów politycznych.

W internecie krąży zdjęcie prezydenta Luli z lat 80tych, opatrzone cytatem z jego ówczesnego wystąpienia: „w Brazylii, jak jesteś biedny i kradniesz, lądujesz w więzieniu, a jak jesteś bogaty i kradniesz, lądujesz w rządzie”. Wtedy Lula był tylko walczącym o sprawiedliwość, ubogim robotnikiem, zdobywającym popularność takimi trafnymi ocenami sytuacji. Dziś jest oskarżany o pranie brudnych pieniędzy i przyjmowanie nielegalnych korzyści finansowych w zamian za polityczne przysługi. Lula odcina się od tych zarzutów, ale fakt, iż Dilma Rousseff powołała go na szefa gabinetu, co dałoby mu immunitet, jest odczytywany jako próba uniknięcia odpowiedzialności. Na razie ten ruch został zablokowany przez Sąd Najwyższy, który ma niebawem orzec, co dalej z tą nominacją.

Pojawia się pytanie, jak to możliwe, że ten piękny i bogaty kraj ma ze sobą takie problemy?  Na ogół odpowiedzi szuka się w historii, czyli dziedzictwie kolonializmu, niewolnictwa i dyktatur wojskowych, które ukształtowały sposób myślenia i obowiązujące wzory zachowań. Obcokrajowcy, którzy przeprowadzają się do Brazylii na dłużej twierdzą, że Brazylijczyków jednocześnie się kocha i nienawidzi. Kocha się ich za urok, uśmiech i radość życia, za melodyjny akcent, cudownych muzyków i mistrzów piłkarskich, wspaniałe plaże i piękne Rio, za wynalazienie samby, wygodnych klapek ‘havajanas” i sprawne ‘embraery’, które latają pod różnymi banderami na całym globie. Ceni się ich za umiejętność radzenia sobie w trudnych warunkach bytowych, przy zachowaniu pogody ducha, oraz dla setki innych powodów, które sprawiają, że gdy raz tam się trafi, nie chce się wracać.

           Jest jednak jeszcze druga strona brazylijskiej mentalności, którą trudno lubić i która ciągnie ten kraj w dół. Tak się dzieje od prapoczątków, gdy pierwsi kolonizatorzy przystąpili do regularnego łupienia tej bogatej w skarby ziemi. W Brazylii tradycja korupcji i nieuczciwości w kontakcie z państwem jest tak ugruntowana, jak przywiązanie do ryżu z fasolą, który jest dodawany do niemal każdego dania. Wedle przeprowadzonych niedawno badań - 70 procent Brazylijczyków nie widzi nic złego w czerpaniu nielegalnych korzyści w pracy. Uczciwość bowiem często jest traktowana jak frajerstwo, jeśli uniemożliwia szybsze poprawienie sytuacji materialnej lub życiowej obywatela. Zresztą mówienie w tym kontekście o obywatelu jest pewnym nadużyciem. Poczucie odpowiedzialności za dobro wspólne i wynikająca z niego rzetelność w relacjach społecznych, które są podstawowym spoiwem północnych demokracji, opartych na protestanckim etosie, jest tutaj w powijakach. Powodów tego stanu jest wiele, a wśród nich wymienia się niedojrzałość brazylijskiej demokracji, która ma tyle lat co polska oraz równie trudną, co skomplikowaną, przeszłość.

            Prześwietlenie i przewietrzenie życia publicznego musiałoby być poprzedzone tektoniczną zmianą postaw społecznych w życiu codziennym. Do tego niezbędne są wolne i silne media, mające realny wpływ na polityków oraz świetna edukacja, która zmieniałaby brazylijską mentalność u podstaw, czyli wśród młodego pokolenia. Niestety na razie Brazylia sobie z tymi wyzwaniami nie radzi.

 

 

 

 

 

Plaga w puszczy, czyli ochrona drzew jako źródła desek…

monillion

  Chmurzy się, Drodzy Czytelnicy. Czarne chmury zbierają się nad Puszczą Białowieską. Podgryza ją kornik drukarz, zagraża paragraf 9 Ustawy o Lasach, atakują urzędnicy, a bronią środowiska naukowe i kilka organizacji pozarządowych z Adamem Wajrakiem na czele. Od paru tygodni dziennikarz, znany ze swojej miłości do puszczy, wilków i wielu innych leśnych żyjątek, alarmuje o groźbie wycinki setek drzew z lasu, który jako jedyny w naszym kraju został zaliczony do Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Wysłuchałam niedawno głosu urzędnika Lasów Państwowych z Białowieży, który oznajmił, że w puszczy sytuacja jest bardzo trudna. Występuje tam bowiem „zamieranie świerków na skutek pojawu szkodliwego owada”. „Pojaw” musi być tępiony przez leśników, których zobowiązuje do tego ustawa, a konkretnie rzeczony paragraf 9. Realizując zalecenia tego paragrafu Nadleśnictwo Białowieża „wyczerpało możliwość pozyskania drewna”. Potem wystąpiło o kolejną możliwość. „Pozyskania”, czyli wyrębu, mówiąc po ludzku. Według leśników, bowiem, pozyskanie wykańcza kornika.

O dziwo, zupełnie inny pogląd na sprawę ma Komitet Ochrony Przyrody PAN, Państwowa Rada Ochrony Przyrody i liczni biolodzy. Twierdzą oni, że puszcza wadzi się z kornikiem od tysięcy lat i „daje radę”. Dowodzą tego te europejskie lasy, gdzie kornik w przeszłości dokonywał „pojawu”, wykańczał część świerków, po czym sam był wykańczany przez dzięcioła… I sytuacja wracała do normy. Według przyrodników przyroda tak ma, że sama się leczy, jeśli jej człowiek zbytnio nie przeszkadza.

Tymczasem leśnicy mają paragraf 9. W związku z tym, żeby nie tracić czasu, poszli na całość. Chcą teraz rąbać osiem razy więcej niż dotąd, „pozyskując” nie tylko zakornikowane świerki, ale i drzewa innych gatunków, które stanowią połowę kwoty zgłoszonej do wycinki. Sprzyja im lokalna ludność, która uwierzyła urzędnikom z Lasów Państwowych, że trzeba wybierać między ekonomią a ekologią. Sprzyja nowy minister środowiska (nie mylić z ministrem ochrony środowiska, którego Polska nie ma).

        Podobno nikomu nie chodzi o kasę. Podobno idzie o to, „aby lasy pozostawione przyszłym pokoleniom były w stanie minimum takim, w jakim je zastaliśmy. O ile nie lepszym" - jak pisze Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Białymstoku na swej stronie internetowej. Jednak przyrodnicy związani z puszczą mówią, że inwazja kornika uderza głównie w produkcję drewna, a plan cięć jest skuteczny „w jednym wymiarze: ochrony drzew jako źródła desek”! Poza tym po wycince i nowych nasadzeniach, które planują urzędnicy – naturalny las zamieni się w „stworzoną przez człowieka uprawę hodowlaną”. Takie uprawy można spotkać w Szwecji, o czym pisze Maciej Zaremba Bielawski w swojej świetnej książce „Leśna Mafia”. Szwedzi tak sobie zredagowali prawo leśne, że dziś można tam bez problemu stare lasy zamieniać na nowoczesne uprawy leśne. W związku z tym „…od czasów Gustawa Wazy nie było w Szwecji tak wielu drzew i tak mało lasów”. Stare, porośnięte mchami, bogate w poszycie leśne gęstwiny zostały (głównie dzięki działaniom lobby producentów drewna) zastąpione plantacjami świerków, które zajmują już połowę powierzchni Szwecji. Tak je opisuje  Maciej  Bielawski – „prostokąty wypełnione równymi rzędami drzew w jednym wieku, tego samego gatunku (…), w których panuje idealny porządek i spokój, którego nie zakłóca żaden dzięcioł ni piecuszek.” 

Choć nam do tych absurdów daleko, polskie lasy rzadko mają szanse na odnowienia naturalne, bo leśnicy muszą realizować plany urządzania lasów. Nadleśnictwo Białowieża tłumaczy, że ważną częścią planu jest “konieczność przebudowy dojrzałych drzewostanów w sposób umożliwiający zachowanie lasu przyszłym pokoleniom”. Nie wiem tylko, czy za przebudowę Puszczy Białowieskiej przyszłe pokolenia na pewno nam podziękują?

Puszcza przecież, z założenia, ma być terenem, gdzie nie rządzi człowiek, lecz przyroda. Czy zrozumie to urzędnik, przyzwyczajony do ingerencji i przymuszany do niej przez cholerny paragraf 9? Najlepszym wyjściem byłoby specjalną ustawą wyjąć Puszczę Białowieską spod tego prawa. Inaczej będzie tak, jak ostrzegał Ryszard Kapuściński - Wraz z wycięciem lasu, tak zwyczajnie, po ludzku, załatwimy znowu jakąś część naszego świata…

Ten felieton ukaże się w nowym numerze "Trendów". Gdy go już oddałam do druku,  minister środowiska Szyszko stwierdził, że "na razie" nie będzie decyzji o wycince.  Czy zatem można "na razie" mieć nadzieję na otrzeźwienie w ministerstwie?

Sobotni zlot u Ojca Założyciela, czyli manipulacja niejedno ma imię…

monillion

         Jak zapewne większość czytelników tego bloga, mam swój ulubiony zestaw stron internetowych, po których surfuję dość regularnie w poszukiwaniu wiedzy o otaczającym mnie świecie. Składa się na nie kilka portali angielskich, amerykańskich, brazylijskie gazety, czasem wybrana prasa europejska, bywa że izraelski Haaretz, Jerusalem Post i, z zapomnianych już powodów, India Times. Ponadto codziennie przeglądam różne polskie strony internetowe, prezentujące oba punkty widzenia – PiSowski i ten drugi – gorszego sortu.

          Do dziś nie miałam pojęcia, że omijam prawdziwą perełkę – portal Radia Maryja. Zaprowadził mnie tam trop wiodący z dziennika „NaTemat” ku konferencji organizowanej przez szkołę ojca dyrektora pod znamiennym tytułem „Oblicza Manipulacji”. Do udziału w niej zaproszono zestaw prelegentów, którym temat manipulacji nie jest obcy, a wręcz można rzec, iż niektórzy pozjadali na nim zęby, że wymienię tutaj „magnificencję ojca doktora założyciela” (naprawdę tak go zapowiadają) Rydzyka, ministra środowiska Szyszkę oraz  samego Jarosława Kaczyńskiego. Zaczęłam od odpalenia wstępnego zagajenia „magnificencji ojca”. Sześć minut. Tyle czasu siedziałam wpatrzona w ekran, zahipnotyzowana niczym słynny ichneumon Kiplinga, który widział kołyszącą się przed nim kobrę. Oto wierny zapis słów ojca Rydzyka podany w formie cytatu, żeby nie było, że manipuluję:

           „Manipulacje?... Ja bym może powiedział tak… Może patrzmy na życie i to wystarczy… Trzeba się kierować zasadą ‘prawda’. Definicja prawdy bardzo jasna… nie tak, że jak mówią teraz na uniwersytetach wielkich… w świecie… jak my to mówimy: Ameryka, Zachód… uchowaj nas, Boże… brałbym technikę, autostrady, ale nie morale. Uchowaj nas, Boże. I tamtą ich definicję prawdy – jedyną prawdą jest to, że nie ma absolutnej prawdy… Tak, tak, tak. To jest ten postmodernizm i to jest dramat… Jedyną prawdą jest to, że nie ma żadnej prawdy… Każdy ma swoją prawdę, no to i można dostać od tego pomieszania. Jakbyśmy tu, tak każdy, mieli swoją prawdę, ale byłaby wojna, prawda? Od razu… Jak każdy ma swoją prawdę, widać, jak się kobiety gdzieś tam kłócą… Widziałem tak w dzieciństwie: Tyś głupia!... Nie, tyś gŁupia! Nie tyś, głupia! Nie, tyś głupia! I każda uważała, że ta ma prawdę i ta ma prawdę!!... (…) ”

          Przepraszam za ten przydługi cytat. Wiem, że boli, ale nie da się tego streścić ani zastąpić ludzkim językiem, nie umniejszając efektu. Tak wyglądało otwarcie tego wspaniałego sympozjum, na które do toruńskiej szkoły zjechał huk luda, bywa, że z tytułami doktorskimi i profesorskimi, który zasiadł w audytorium i z pełną powagą wysłuchiwał oratorskich popisów swojego ulubieńca. Tylko profesor Antoni Dudek wydawał się lekko zażenowany…

            Z tego wystąpienia zapamiętałam jeszcze fragment, w którym szanowny prelegent narzekał, że choć TVP przejęta, to „naszych” dziennikarzy tam mało. Bardzo mało… I dlatego zalecał postępować zgodnie z zasadą – ufaj i kontroluj.

           Z ogromnym zaufaniem więc przełączyłam się na wystąpienie prezesa PiS, który w kwestii manipulacji ma, jak wiemy, ogromny dorobek. Z pewnością niewielu ekspertów może pochwalić się większym doświadczeniem w tej dziedzinie niż Jarosław Kaczyński. Żeby nie wracać do zbyt dalekiej przeszłości – to wystarczy przypomnieć manipulację doskonałą, jakiej PiS dokonał w ostatnich wyborach, prezentując się jako partia innych kadr i innych planów, niż te, ku jakim zmierzała.  Ta kampania wyborcza zasługuje na miejsce w podręcznikach politologii i filozofii jako przykład perfekcyjnej manipulacji opinią publiczną, którą najpierw przekonano, że kraj jest w ruinie, a potem, że zbawienie jest blisko – wystarczy tylko postawić na tandem niezłomnego prezydenta wraz z łagodną i spokojną panią premier.

         Dlatego z niecierpliwością włączyłam wykład ostatniego prelegenta konferencji, która tak dobrze się rozpoczęła. Tytuł okazał się zachęcający i oryginalny „Manipulacje w, tak zwanej, wojnie polsko-polskiej”, a początek wystąpienia zapowiadał liczne atrakcje. Jarosław Kaczyński zaczął od definicji manipulacji jako - „tego rodzaju działania, adresowanego do człowieka lub grupy, które ma doprowadzić do tego, by podjął on jakieś zachowanie lub zaniechanie, przy czym cel tych działań, nie jest adresatowi znany”. Pasuje jak ulał do patentu wykorzystanego we wspomnianych przeze mnie wyborach… cdn niebawem …

Niebawem, czyli ciąg dalszy...

           Z przykrością wyznaję, że nie dałam rady przebrnąć w to piękne niedzielne popołudnie przez pełne 50 minut przemówienia prezesa PiS. Dla usprawiedliwienia dodaję, że w 30. minucie prelekcji również reżyser obrazu stracił czujność i pokazał salę. Kamera powoli przesunęła się po sennych twarzach zgromadzonych. Widać, że wielu z nich tak jak ja, miało trudności z przetrwaniem. Byli tacy, którym głowy zaczynały się lekko kołysać, a powieki opadały, ciężkie jak ołów. Pewien człowiek w kraciastej koszuli w tylnym rzędzie miał wzrok, do złudzenia przypominający, Vigusia, naszego psa rasy flatcoated retriever, w momencie, gdy go nachodziła niemoc popołudniowej drzemki. Siedział wtedy i udawał, że patrzy, ale jedną nogą był już w świecie snów pełnych kiełbasy i uciekających kotów; niby jeszcze się trzymał, ale oczy miał już na wpół przymknięte, jeszcze trochę walcząc, by utrzymać się choć przez chwilę na powierzchni świadomości (a nuż widelec coś pachnącego spadnie z lady), ale już powoli opadając na ciepłą podłogę w progu kuchni… Tak właśnie wyglądał ten gość poddany pół godzinnej opowieści o najnowszej historii Polski z perspektywy żoliborskiego guru, ochrzczonego przez wyznawców, wiele mówiącym imieniem Jarosław-Polskę-Zbaw.

           Obiecuję jednak, że jak przebrnę, to się pochwalę.

          I jeszcze króciutko w temacie sobotniej konferencji. Dziś rano Monika Olejnik pytała wiceministra sprawiedliwości Jakiego  o rządową broszurkę rozkolportowaną wśród europosłów podczas  sławetnego zebrania PE w sprawie łamania w Polsce demokracji. Przygotowane przez PiS materiały opisywały zbrodnie PO w czasach dyktatury Tuska i Kopacz. M. in. była tam informacja o bezprawnej inwigilacji 80 prawników, dziennikarzy i innych osób. Tymczasem dzisiejszy wywiad w GW z komendantem głównym policji ujawnia, że nie ma na to żadnych dowodów i sprawa jest badana na podstawie donosu nowej podwładnej, która znalazła „zaniechania i wątpliwości proceduralne, jeżeli chodzi o jakość prowadzenia tych czynności… (…) Dzisiaj nie mam dowodu –dodaje komendant Maj - że nie inwigilowano, ale nie mam również dowodu, że inwigilowano.”

           Tu czytelnikowi może przyjść  na myśl historia niezapomnianego wachmistrza Flanderki, który oskarżył  dobrego wojaka Szwejka, że robiłby zdjęcia szpiegowskie, gdyby miał aparat fotograficzny, a „jedynie okoliczność , że nie miał pod ręką aparatu fotograficznego , sprawiła, że nie znaleziono przy nim żadnych fotografii”. Tak, na marginesie, cały wywiad z komendantem Majem dowodzi, że postać Szwejka jest nieśmiertelna.

          Wracając do naszej  „dobrej zmiany” -  na pytanie dziennikarki, dlaczego rząd podał w broszurze niesprawdzone i nieprawdziwe oskarżenia – wiceminister odpowiedział, że korzystali z materiałów prasowych, które o sprawie wspominały. Nie dodał, że wspominały głównie media zaprzyjaźnione (zwane humorystycznie „niepokornymi”), ani nie wytłumaczył, czemu rząd nie sprawdził tego z policją.

          Łatwo zgadnąć, że ta klasyczna manipulacja była korzystna dla obrony wizerunku rządu w PE. Aż szkoda, że wyszła na jaw dopiero dziś – można by ją dołączyć do materiałów na toruńską konferencję…

Brygady dobrej zmiany walczą o obiektywizm w TVP, czyli frontem do narodu...

monillion

            Tekst sprzed kilku dni, publikowany, bo jest to jednak zapis atmosfery, która gęstnieje.  Dwa dni temu po raz pierwszy od wprowadzenia „dobrej zmiany” w mediach państwowych, miałam okazję obejrzeć Wiadomości TVP. Panował w nich nastrój bitewny, bo trwa walka „o przywrócenie obiektywizmu” - jak to ujął jeden z polityków PiS. Pierwsze kilka newsów nowi dziennikarze zadedykowali walce o dobre imię Prezydenta Dudy, walczącego o dobre imię Polski, o którego popsucie Prezydent i jego koledzy z partii PiS intensywnie walczyli przez ostatnie miesiące.

Potem była obszerna relacja z wystąpienia kilkunastu osób w Nowym Jorku, które miały szansę zaprezentowania swojego poparcia dla rządów premier Szydło w wyjątkowo długim materiale. Fakt, iż państwo protestujący byli tak nieliczni, że mogliby zmieścić się w jednej windzie oraz to, że ich wybranym miejscem zamieszkania jest kraj za oceanem - nie pozbawił ich prawa do długich wywodów na temat zdrajców ojczyzny. W naszej nowej TVP stali się oni wdzięcznym pretekstem, by pokazać zwolenników Kaczyńskiego za granicą. Niby nic – ale widać, że batalia o „lepsze” media trwa.

Hit wieczoru miał jednak dopiero nastąpić. Okazuje się, że Lech Wałęsa postanowił rozpocząć ostatni bój o swoje dobre imię. Rozumiem starszego człowieka, który chce zdążyć z załatwieniem tak ważnej dla niego sprawy, ale dlaczego teraz? W najgorszym możliwym czasie, gdy władzę w mediach przejęli ludzie znani ze swojej niechęci do niego oraz z chęci przekonania narodu, że Wałęsa był tylko pionkiem w rękach SB? Informacja o decyzji Lecha Wałęsy została natychmiast okraszona wypowiedziami historyka Cenckiewicza, który wraz z kolegą Gontarczykiem popełnił ogromne dzieło o zbrodniach Wałęsy za PRLu. Cenckiewicz zauważył, że z faktami historycznymi dyskutować się nie da. Przy okazji zaprezentowano materiał przypominający o sprawie Bolka oraz uciętą wypowiedź historyka Andrzeja Paczkowskiego, który potwierdził, że Wałęsa epizod ze służbami miał. Profesor Paczkowski nie zdążył dodać, że służby podeszły Wałęsę w czasach, gdy opozycja jeszcze nie wypracowała metod reagowania na takie prowokacje. Ludzie zaskakiwani na ulicy przez aparat bezpieki, często podpisywali różne kwity, z których potem niewiele wynikało. W przypadku Wałęsy nie ma śladów aktywnej współpracy, ani szkodzenia innym.

O tym w materiale raczej nie było mowy, za to dowiedzieliśmy się, że w debacie organizowanej dla Wałęsy przez IPN ma wziąć udział Grzegorz Braun! Facet, który zasłynął tym, iż nienawiść do dawnej opozycji przesłania mu rozum.

Zastanawiam się, po co ten cyrk Lechowi Wałęsie? W państwowych mediach nie doczeka się przecież rehabilitacji za pomówienia i oskarżenia płynące z prawej strony sceny politycznej. Nikt go nie przeprosi, a jego inicjatywa będzie tylko okazją do odgrzania tematu i nowej fali hejtu. Nic tak bowiem nie cieszy, jak możliwość skopania i sponiewierania człowieka, który jest najbardziej znanym symbolem Solidarności w świecie.

Postanowiłam więc nie oglądać już nowych ulepszonych Wiadomości, ale z typową dla siebie konsekwencją zerknęłam na nie i dziś. Byłam ciekawa, jak nowa obiektywna brygada telewizyjna potraktuje wczorajsze wystąpienie premier Szydło na forum PE. Jak wiemy, dzięki nieudolności PO ( której przedstawiciele milczeli z godnością, a ich koledzy z unijnych klubów nie bardzo wiedzieli , co powiedzieć, bo jak można się domyślać, nikomu z PO nie chciało się ich przygotować), dzięki żarliwemu wsparciu rozmaitych eurosceptyków (z których większość krąży na obrzeżach rozumu lub unijnej polityki) oraz dzięki osobistemu urokowi – pani premier wypadła całkiem nieźle na wczorajszym szczycie. Gdyby człowiek nie wiedział, co stoi za tą opisywaną przez nią normalnością w polskim parlamencie, trybunale i mediach (czyli sferach, za poprawę których zdążył się wziąć PiS) – można by uznać, że mamy fajną premier, która kulturalnie i spokojnie broni naszego kraju przed pomówieniami. Pani premier była równie przekonująca jak przed wyborami. Hipnotyzowała słuchaczy uśmiechem i nową broszką… Tyle, że w Polsce wszyscy wiedzą, co jest grane.

Nie w Wiadomościach, które zrobiły dziś serial newsowy pod tytułem „Sukces, któremu na imię Szydło”, a zakończyły go jinglem na ten sam temat. W ten sposób wprowadzono nową konwencję w programie newsowym – tzw. jingiel propagandowy, muzyka plus sprawny montaż i widz może łatwiej zapamiętać to, co powinien.

No i tak. Aż boję się myśleć, co będzie jutro…

Kabaret Warszawski, czyli spektakl, który trwa...

monillion

            Byliśmy wczoraj na 5 godzinnym (!)„Kabarecie Warszawskim” w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. Trochę się tego doświadczenia obawiałam, bo kasa Teatru Nowego nie oferuje kuszetek ani możliwości przyniesienia własnej karimaty ze śpiworem, a ja już nie raz w życiu byłam poddana torturze przez artystę zakochanego w swoim dziele. Tacy zwykle uważają, że widz dozna właściwego kontaktu z Melpomeną dopiero wtedy, gdy posiedzi na twardym zydlu przez wieczność. Tymczasem, moje doświadczenia teatralne pokrywają się z tym, co mówi nasz znajomy producent filmowy – Niezależnie od tego jak genialną sztukę widziałem, jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się pomyśleć: Świetne, ale trochę za krótkie!

            Pojechałam więc na spektakl Warlikowskiego z duszą na ramieniu, a właściwie dałam się tam zawieźć, bo, jak wiedzą warszawscy teatromani, dzieła Mistrza wystawiane są za wielką wodą, czyli na prawym brzegu Wisły przy Wale Miedzeszyńskim. Ale warto było!!!

         Tak, bo człowiek idzie do teatru w oczekiwaniu na jakiś efekt magiczny. Na przykład, taki jak wtedy, gdy Janusz Gajos, sam na scenie, ubrany w szary garnitur i szarą koszulę, w towarzystwie jednego krzesła, przez półtorej godziny monologował Mszę za Miasto Arras, wyczarowując dla nas, widzów, cały mikrokosmos francuskiego miasteczka oraz namiętności targających nim pięć wieków temu, a przy okazji powszechnych i dziś. Element magiczny pojawił się też wtedy, gdy Maggie Smith wychodziła na scenę po zakończeniu sztuki „Lettuce and Lovage”, którą podbiła Broadway. Pamiętam, jak po dziesiątym podniesieniu kurtyny aktorka zdecydowała, że czas iść do domu, a przynajmniej tam odesłać graną przez siebie postać. Wtedy coś drgnęło w jej twarzy, jakiś minimalny gest czy blask oczu zmienił się delikatnie, ale tak, że wszyscy zobaczyli, jak wychodzi z roli. Spadła niewidzialna maska i stanęła przed nami już jako angielska dama Maggie Smith, którą kochaliśmy gorąco za te dwie godziny aktorskiego kunsztu.

      U Warlikowskiego magia polega na tym, że gdy gasną światła na widowni, czas zdecydowanie przyspiesza, (przecinając barierę dźwięku, robiąc nagłe wolty  w zwojach naszych mózgów, wyprzedza światło) i bez męki dowozi nas do końca przedstawienia.... Ledwo człowiek rozsiądzie się na wysokim amfiteatrze nad sceną - a już musi wychodzić!  Razem z bagażem emocji i przemyśleń, których nie da się zostawić w teatralnych dekoracjach.

          Kabaret dotyka wszystkich ważnych tematów, z którymi człowiek się w życiu mierzy: wolności, miłości, agresji, przemocy, tolerancji i historii, której koła (z pożałowania godną regularnością) ścierają nas na gwiezdny pył… Warlikowski umieszcza swoich bohaterów w dwóch ekstremalnych momentach historii. Pierwszy to - hitlerowskie Niemcy w przededniu wojny, a drugi to Nowy Jork po ataku na Dwie Wieże. Dwie najbardziej wyraziste traumy ostatnich stu lat i zaplątani w nie ludzie oraz ich prywatne demony – strachu, niemożliwej miłości, starości, pogmatwanego seksu czy śmierci. A wszystko to świetnie zagrane (m.in. doskonałe role Magdaleny Cieleckiej, Andrzeja Chyry, Maćka Stuhra i Mai Ostaszewskiej).

      Warlikowskiemu należy się pokłon za genialną reżyserię i pomysł połączenia różnych tekstów oraz inspiracji w jednym spektaklu. Muszę też wspomnieć wspaniałą muzykę Pawła Mykietyna, która jest jego ważną częścią. Dobre i warte zobaczenia. Polecam. Mimo, że kuszetek nie sprzedają…

           

Z szablą na wroga, czyli polska polityka zagraniczna na równi pochyłej...

monillion

        Niezastąpiony profesor Gliński postanowił mieć swój własny wkład w psucie stosunków z naszym zachodnim sąsiadem. Dziś o poranku podzielił się ze słuchaczami Radia Zet swoimi spostrzeżeniami. - Niemcy mają mniejsze prawo do krytyki Polski. I jeszcze przez parę pokoleń będą mieli mniej praw. – zauważył ulubiony socjolog PiS. – To są Tworki połączone z wysokim poziomem arogancji – błyskotliwie odniósł się do krytycznych uwag pod adresem obecnie rządzących Polską. Według Glińskiego, Niemcy nie mogą nas krytykować, bo „niewyrównane są rachunki krzywd z czasów II Wojny Światowej”. Ci, którzy systematycznie niszczyli polskie elity i rujnowali nasz kraj przez 5 lat okupacji, nie mogą dziś dyktować Polakom, co mają robić ze swoją demokracją.

        W ten sposób – dzięki pomieszaniu prawdy (o niemieckich zbrodniach z przeszłości) z fałszem (o tożsamości dzisiejszych Niemiec z hitlerowskimi) wicepremier polskiego rządu osiąga dwa cele. Podsyca wrogość do naszego sąsiada (wśród tych, którym czarno-białe schematy wystarczą do objaśnienia rzeczywistości) oraz cofa nasze relacje z Niemcami o około ćwierć wieku. Przekreśla przy okazji dokonania ostatnich dekad, podczas których oba kraje żyły w pokoju i korzystały z wzajemnej wymiany gospodarczej, kulturalnej i intelektualnej. Ekipa PiS jest na prostej drodze, by zniszczyć to, co udało się zbudować między Polakami i Niemcami od czasów obalenia komunizmu. Dodam, że droga wiedzie z górki, bo przecież dużo łatwiej jest wywoływać negatywne stereotypy niż je burzyć. Kanclerz Angela Merkel, niezależnie od kontrowersji, jakie wywołują jej niektóre decyzje, jest najbardziej sprzyjającym nam szefem polityki niemieckiej, z jakim mieliśmy do czynienia. Jej postawa może się w końcu zmienić, albo zastąpi ją ktoś, kto będzie równie bojowy w słowach co politycy PiSu i wtedy znajdziemy się po raz kolejny między dwoma wrogimi potęgami – Rosją i Niemcami. Czy o to chodzi Kaczyńskiemu?

         Do kogo wtedy zwrócimy się o pomoc? Do Wielkiej Brytanii, która już kiedyś miała nas w d…? Do gigantów u naszych południowych granic czy do Amerykanów, którzy rozgrywają własną partię szachów z Rosją i UE? A, sorry, zapomniałam o Gruzji i paru innych potęgach na jagiellońskiej osi!!!

        W 2011 roku Newsweek opublikował mój tekst, w którym opisywałam stan naszych relacji z Niemcami. Podklejam go pod tym komentarzem z nostalgii oraz, by przypomnieć, jak wiele mamy do stracenia. A wszystko dzięki temu, że do władzy dorwała się grupa zakompleksionych szaleńców, którym brakuje elementarnej wyobraźni politycznej.  

Polska –Niemcy, czyli stereotypy po dwudziestu latach... – czerwiec 2011 rok

            Kilka miesięcy temu bułgarski projektant Yanko Tsetkov umieścił w Internecie zestaw map Europy, wytyczonych według stereotypów obecnych w różnych krajach. Jego strona szybko stała się internetową sensacją, odnotowując miliony wejść. W zależności od punktu widzenia – amerykańskiego, francuskiego czy włoskiego – nasz kraj na tych mapach pojawia się jako: falochron komunizmu, naród hydraulików, pięknych kobiet albo kraina papieska. Nie jesteśmy wyjątkiem, bo myślenie stereotypami jest tak powszechne i stare jak nasza cywilizacja, a walka z nimi przypomina beznadziejne wysiłki szlachetnego rycerza z La Manchy. Nie oznacza to jednak, że raz ustalone stereotypy pozostają na zawsze takie same. Wystarczy spojrzeć na zmiany, jakie zachodzą w relacjach między Polską i Niemcami w ostatnich dwudziestu latach.

            Profesor Włodzimierz Borodziej, historyk i ekspert stosunków polsko-niemieckich   podkreśla, że na tle minionych 300 lat ostatnie dwie dekady są absolutnie wyjątkowe, jeśli chodzi o pozytywną współpracę między naszymi krajami. Ma to naturalny wpływ na nasze wzajemne postrzeganie: – Na tę zmianę wpłynął przede wszystkim proces narastającej normalności, wzajemnego poznawania się, nawiązywania kontaktów, z których ogromna większość kończyła się pozytywnie lub neutralnie. To, co się dzieje na poziomie kontaktów społecznych i transgranicznych między obywatelami obu państw jest dużo bardziej znaczące niż jakiekolwiek gesty polityczne.

            Tę opinię potwierdzają badania Instytutu Spraw Publicznych, który od lat analizuje wzajemne postawy i nastawienia po obu stronach Odry. Okazuje się, że dziś Polacy dużo chętniej akceptują Niemca w roli szefa, radnego lub jako członka rodziny niż jeszcze kilkanaście lat temu. Wiąże się to bezpośrednio z oceną stosunków polsko-niemieckich, które są na ogół postrzegane dość pozytywnie, niezależnie od kwestii spornych między naszymi krajami, takimi jak sprawa rury na dnie Bałtyku czy relacji z Rosją. Wskaźniki optymizmu i zaufania obniżyły się na krótko po rządach koalicji PiS, LPR i Samoobrony, ale już w ubiegłym roku trzy czwarte respondentów uznało relacje polsko-niemieckie za „bardzo dobre” lub „raczej dobre”, a tylko jeden procent oceniał je jako „bardzo złe”.

        W Niemczech również zmienia się obraz Polski, choć jest to proces powolny i stopniowy. Profesor Tomasz Szarota badający stereotypy u naszych zachodnich sąsiadów pisał, że słowa – „Pole, polnisch czy Polaken z reguły miały dla Niemców pejoratywny wydźwięk. Pojęcie Polak od początków XIX wieku oznaczało w języku niemieckim człowieka głupiego, podłego, nikczemnego, grubiańskiego, brudnego, niezręcznego, pijanego, nieumiejętnie i źle pracującego.” Popularny idiom polnische Wirtschaft pierwszy raz zapisany został w Wilnie już w 1785 roku przez przyrodnika, Georga Forstera, który w liście do żony pochylał się nad bydlęcymi warunkami życia polskich chłopów. Ta fraza zrobiła potem wielką karierę jako synonim polskiego bałaganu, brudu i kiepskiej jakości.

            Okazuje się jednak, że jej siła ulega erozji pod wpływem faktycznych osiągnięć polskiego „wirtszaftu”, czyli gospodarki. Niemcy, którzy najpierw przez kilkanaście lat nie dowierzali wieściom o polskim wzroście gospodarczym, w 2009 roku przeczytali w gazetach o tym, że Warszawa najlepiej w Europie radzi sobie z finansowym kryzysem. Sukces ekonomiczny Polski powoli reformuje wyobrażenia pragmatycznych Germanów, podobnie jak przykłady, wprawdzie niezbyt liczne, udanych karier naszych rodaków, np. szefa firmy Comarch, prof. Janusza Filipiaka czy Wioletty Rosołowskiej, członka zarządu koncernu Tschibo, która była dwukrotnie uznana za najbardziej wpływową kobietą biznesu przez Financial Times Deutschland.      

       Mimo tych pozytywnych tendencji Niemcy nadal stosunkowo często kojarzą Polskę z kradzieżami aut i bałaganem. Niemiecki biznesmen, Joerg von Weiler, który w Polsce pracuje od 13 lat i czuje się tu „jak w domu”, uważa, że jest to efekt braku wiedzy po stronie niemieckiej. – Im bardziej Niemcy poznają Polaków, tym lepsze mają o nich zdanie. Niestety moi rodacy często nie wykazują chęci, by weryfikować zasłyszane opowieści, co naturalnie utrwala fałszywe, negatywne opinie.

        Złe stereotypy znikają dużo wolniej niż dobre, a w przypadku naszych dwóch krajów mają one wyjątkowo bolesną historię. To ona sprawia, że proces ich wymywania się ze świadomości (i podświadomości!) obu narodów jest trudny i długotrwały nawet przy sprzyjającym klimacie politycznym.

            Dobrze to ilustruje głośna przygoda polityka z Krakowa, która miała miejsce w lutym 2009 roku w samolocie linii Lufthansa. Gdyby godność Jana Rokity została naruszona, na przykład, na pokładzie odrzutowca linii Air France, prawdopodobnie zamiast „Ratujcie! Niemcy mnie biją!” usłyszelibyśmy po prostu „Ratunku, biją mnie”. Jak wiadomo, obraz francuskiej stewardesy wyżywającej się na fantazyjnym kapeluszu marki Borsalino, który poseł Rokita próbował przewieźć na gapę w klasie biznes, nie robiłby takiego wrażenia, jak bój z germańskim napastnikiem. Nic tak przecież nie działa na Polaków, jak obraz Niemca atakującego niewinnych przedstawicieli naszego narodu.       

            Dzieje się tak niezależnie od tego, że mapa polskich lęków uległa w ciągu ostatnich dwóch dekad poważnym zmianom i teraz boimy się głównie Rosjan. Obawa przed Niemcami spadła z 88 procent w roku 1990 do zaledwie 14 procent badanych w roku ubiegłym. Jednak wbrew tym trendom – pamięć przebytej traumy jest jeszcze ciągle żywa, a jej leczeniu na pewno nie pomagają działania takich polityków jak Erica Steinbach, która, zanim została potraktowana z należytym stopniem obojętności przez polskie media, zdążyła proces normalizacji mocno popsuć. Wystarczy przypomnieć sobie kilka okładek tygodnika „Wprost” z czasów mocno prawicowego przechyłu, takich jak choćby portret szefowej BdV, ujeżdżającej w nazistowskim mundurze kanclerza Schroedera. Fakt, iż polsko-niemieckie relacje nie rozwinęły się w tym duchu, zawdzięczamy między innymi takim postaciom niemieckiej polityki jak np. Richard von Weizsacker czy Angela Merkel, którzy stanowią skuteczną przeciwwagę dla działań szefowej Związku Wypędzonych.

            Słowa Angeli Merkel z pamiętnego wystąpienia na Westerplatte, gdy mówiła o ”zbrodniczej okupacji niemieckiej” i wspominała „tych, którzy ponosili konsekwencje, chorowali i ginęli z powodu chorób, niedostatku i głodu w okresie koszmaru spowodowanego przez Niemców” – działają jak balsam na polskie blizny i niemiecki wizerunek jednocześnie. Niemiecka pamięć o proporcjach win i ofiar w odniesieniu do historii XX wieku jest dla Polaków równie ważna, jak dla Niemców potrzeba zrozumienia u innych, że obecnie między Odrą i Renem mieszka naród, który zasługuje na szacunek i podziw, a nie tylko wypominanie błędów przeszłości.

        Badania pokazują, że Polacy coraz mniej kojarzą Niemców z okrucieństwami II wojny światowej, a bardziej z sukcesami gospodarczymi, unijną hegemonią, dyscypliną, solidnością i porządkiem. Wraz z powolnym odchodzeniem świadków hitlerowskiej agresji, zainteresowanie przesuwa się powoli z przeszłości na teraźniejszość i przyszłość. Widać to w badaniach ISP, wg których tylko 20 procent Polaków chciałoby się w relacjach z Niemcami koncentrować na problemach historycznych, a ponad 70 procent – na sprawach współczesnych.

        Dr Kazimierz Wóycicki, od lat zajmujący się tematyką niemiecką podkreśla, że rozmowy o historii nie mogą być pomijane w imię dobrych stosunków, bo to problemów nie rozwiązuje, a tylko odsuwa je w czasie. „Historia nas dzieli, ale łączą nas interesy. Nie należy bać się mówienia o rzeczach trudnych, ani o negatywnych stereotypach, bo tylko w dyskusji można te sprawy wyjaśniać i budować trwałe relacje. Zamiatanie spraw pod dywan w imię politycznej poprawności to przykład dużej naiwności”.

        Psychologowie społeczni uważają zgodnie, że na stereotypy jesteśmy skazani przez naszą naturę, która w procesie ewolucji wykształciła w nas skłonność do uproszczeń i generalizowania, jako narzędzia szybkiego i automatycznego porządkowania otaczającego nas świata. W dzisiejszej, skomplikowanej rzeczywistości to narzędzie okazuje się jednak przestarzałe i bezużyteczne. Polacy i Niemcy właśnie wspólnie odkrywają, jak bardzo. KONIEC

 

Obawy i ich podstawy

monillion

Od parunastu dni komentatorzy z różnych redakcji przekonują mnie wspólnie, że dziś największym wstydem jest mieć wątpliwości w kwestii napływu tysięcy uchodźców do Europy. Chór politycznie poprawnych głosów odmawia mi prawa do jakichkolwiek pytań w tej kwestii. Pozwolę sobie jednak zadać ich kilka i poprosić moralistów o odrobinę zrozumienia.

Redaktor Żakowski napisał, że Polacy mają “straszną twarz. Nie tylko ksenofobiczną, rasistowską i islamofobiczną. Także - bez względu na kontekst - egoistyczną, samolubną, okrutną, tchórzliwą, agresywną i paranoiczną. Złą w niemal każdym wyobrażalnym sensie.” A gdyby tak wykonać ćwiczenie umysłowe i wyobrazić sobie, że ten straszny naród stanąłby w obliczu podobnego kryzysu, dotyczącego - nie naszych braci w islamie, lecz Czechów, Wietnamczyków, Brazylijczyków czy Mołdawian? Czy Polacy mieliby podobne wątpliwości, co do udzielenia im pomocy w trudnej sytuacji? Czy tak samo obawialiby się o przyszłość?

Zamykanie oczu na fakt, że uchodźcy z krajów islamskich często stają się poważnym problemem dla swoich gospodarzy, nic nie da. Prawda jest taka, że postawa wielu z nich kojarzy się z zachowaniem człowieka, któremu oferują gościnę i który dość szybko dochodzi do wniosku, że dom gospodarzy trzeba przemeblować, by on się w nim dobrze poczuł. Niech za pierwszy z brzegu przykład posłużą grupy salafitów z napisami „policja szariatu” na kamizelkach, patrolujące ulice miast w niemieckiej Moguncji albo wypowiedzi imama Kopenhagi o Europejkach, które same prowokują mężczyzn do gwałtów, bo nie zakładają hidżabów.

Myślę, że wątpliwości wielu Polaków nie dotyczą tego, czy pomóc uchodźcom w potrzebie, ale tego - jak to zrobić. Jak ustrzec się błędów, popełnionych wcześniej przez kraje Europy Zachodniej, które sprowadziły do swoich państw masy przybyszów z innego kręgu kulturowego i teraz muszą mierzyć się z konsekwencjami tamtych decyzji. Te konsekwencje najkrócej można przypomnieć, wymieniając kilka lokalizacji- redakcja Charlie Hebdo, londyńskie metro czy madrycki dworzec Atocha. Zapewne dużo więcej miałby tu do powiedzenia rzecznik MI6, gdyby tylko ta instytucja zdecydowała się ujawnić, ilu zamachom zapobiegła. Ostatni epizod we francuskim pociągu na trasie Amsterdam-Paryż nie zakończył się ogromną tragedią tylko dzięki przypadkowi. Może warto więc zastanowić się teraz, (zanim będzie za późno), dlaczego kraje, które otworzyły swoje drzwi dla islamskich imigrantów, mają takie problemy?

Tym, którzy wolą o tym nie myśleć, polecam zestaw świetnych reportaży o dzisiejszej Szwecji pióra Macieja Zaremby Bielawskiego, pod tytułem „Polski Hydraulik”. Można tam znaleźć odpowiedź na pytanie, co dzieje się ze społeczeństwem, które ślepo realizuje strategię multi - kulti, poddając się lewicowej ideologii braterstwa ludów świata i dlaczego Szwedzi dziś nie rozpoznają swojej ojczyzny. Drugą pozycją, którą chętnie polecę, jest książka tureckiej reporterki Ayse Onal „Honor albo śmierć”, opowiadająca wstrząsające historie o zabójcach kobiet, którzy, zgodnie z islamską tradycją, mordują swoje siostry, córki i matki przy pełnej aprobacie współziomków.

            Z tego, co wiemy, nie ma na razie pewności, że akurat do nas trafią prześladowani mieszkańcy Syrii. Na swoje zakwaterowanie w Unii czekają tysiące emigrantów, z różnych krajów arabskich; także ci, których wizja świata zasadniczo rozmija się z naszą. Asymilacja i pokojowe współżycie z ludźmi, którzy nie wierzą w demokrację, traktują kobiety jak podludzi oraz uważają, że najlepszym systemem organizacji państwa jest szariat, a niewiernych, którzy mają odmienny stosunek do Allaha, należy nawrócić lub uśmiercić – wydaje się zupełną utopią. Jednak kiedy się tonie w politycznej poprawności, trudno o kontakt z rozumem.

Gdy słyszę mojego ulubionego redaktora ze stacji TOK FM, , który na antenie zrównuje islamski fanatyzm z zacofaniem naszego episkopatu, zastanawiam się, gdzie podział się rozum. Ja też nie jestem zwolenniczką licheńsko-rydzykowej odmiany naszego kościoła, nie podzielam wielu opinii wyrażanych przez naszych hierarchów, nie rozumiem wykluczania z publicznego dyskursu głosów takich księży jak Boniecki czy Lemański. Ale czy pan redaktor kiedykolwiek słyszał któregoś z przedstawicieli naszego kościoła, by nawoływał do mordowania bliźnich, tak jak to robi paru imamów w Europie Zachodniej i dziesiątki w Azji?

Myślę, że wielu Polaków ma także wątpliwości w kwestii polityki zagranicznej Unii Europejskiej w obliczu tego kryzysu. Na razie głównym kierunkiem działań jest przyjmowanie uchodźców, co przecież nie rozwiązuje problemu krajów Bliskiego Wschodu i Magrebu. Co zrobimy, jeśli w ślad za Syryjczykami pójdą Palestyńczycy, niezadowoleni Egipcjanie, Libijczycy czy ludy z Afryki Środkowej? Przyjmiemy ich wszystkich, licząc na to, że zajmą się nimi Niemcy? Unia powinna użyć wszystkich swoich wpływów, by Rosja i USA doszły do porozumienia w sprawie wojny w Syrii. Nigdy dotąd unijni politycy nie stali przed tak ogromnym, wymagającym odważnych decyzji, wyzwaniem. Jeśli nie pojawi się jakaś sensowna strategia rozwiązania konfliktów wokół basenu Morza Śródziemnego (lub chociaż jej ślad – dający nadzieję na powstrzymanie fali uchodźców), trudno będzie oczekiwać, że widok tłumów wlewających się na Węgry wzbudzi entuzjazm w sercach Europejczyków.

            Oczywiście, nie sposób odwrócić się od cierpiących rodzin przybyłych już na granicę Unii Europejskiej. Trzeba pomóc tym, którzy rzeczywiście są prześladowani i nie mają szansy na normalne życie w swoim kraju. Stać nas na to, by okazać im życzliwość i wsparcie. Nie można odmawiać pomocy ojcu czy matce z dzieckiem na rękach. Nie można nie okazać im współczucia i miłości. Ale by ta pomoc była skuteczna, trzeba nauki o ludzkim miłosierdziu wzbogacić o konkrety.

            Na przykład, zastanowić się, jak oddzielić uchodźców od islamskich fanatyków, którzy zgodnie z zaleceniami ISIS mieli przedostawać się do Europy Zachodniej, by tu przy pomocy trotylu propagować swoją wizję raju na ziemi. Według przedstawicieli naszych służb specjalnych mamy małe doświadczenie i możliwości, by temu przeciwdziałać. Jak można skutecznie weryfikować wnioski o azyl w przypadku ludzi pozbawionych dokumentów tożsamości? Czy Unia nam w tym jakoś pomoże? ABW ma tylko 30 dni na decyzję. Czy to wystarczy?

Może też trzeba wprowadzić konkretną procedurę obejmującą każdego pełnoletniego imigranta zanim (!) Polska udzieli mu azylu. Trzeba by uzyskać od niego akceptację faktu, iż wjeżdża do kraju o odmiennej obyczajowości i prawodawstwie niż jego ojczyzna. Należałoby przetłumaczyć na arabski naszą konstytucję i upewnić się, że potencjalni imigranci ją przeczytają. A potem zobowiążą się do jej przestrzegania.

Wiem, wiem… Wyobrażam sobie święte oburzenie redaktorów moralistów na ten ostatni postulat, który zapewne wyda im się wstrząsającym okrucieństwem. Na swoją obronę podam nieśmiało fakt, że Europejczycy w krajach arabskich muszą z pokorą dostosowywać się do tamtejszych wymagań i nikt tego nie odczytuje jako prześladowanie. Sama nigdy nie miałam z tym problemu, bo uważam, że należy szanować swoich gospodarzy i nie robić rzeczy, które mogłyby ich urażać. Dobrze by było, gdybyśmy mogli podobnego podejścia spodziewać się od tych, którym mamy pomóc.

            Oczywiście, można moje wątpliwości i pomysły wrzucić do jednego wora z internetowym hejtem. Można je obśmiać, a mnie uznać za przykład polskiej ksenofobki. Ryzykuję, że tak zostanę potraktowana przez wielu ludzi, z których opiniami się dotąd identyfikowałam. Zależy mi jednak na przedstawieniu punktu widzenia osób, które nie wylewają anonimowego jadu na forach internetowych, które są życzliwie nastawione do świata i chętnie spotykają się z Obcym, pod warunkiem, że ten nie ma w ręku miecza lub kałasznikowa. Nie uważam się za potwora, tak jak sugeruje to redaktor Żakowski ani też nie wyznaję poglądu, że każdy wyznawca islamu musi zostać terrorystą. Każdemu pozostawiam wybór własnej drogi życiowej i duchowej pod warunkiem, że nie będzie ona ograniczała mojej wolności i prawa do życia w pokoju.

Nie mamy w Polsce problemu z Azjatami, którzy się tu osiedlają. Moje dzieci chodzą do szkół i przyjaźnią z Wietnamczykami i Koreańczykami. Z własnego doświadczenia mogę zapewnić, że nie ma między nimi żadnej różnicy, a jeśli jest to tylko ta pozytywnie odbierana. Podobnie życzliwie traktujemy Ukraińców i ich zauważalną obecność wśród nas.

Niestety z przyczyn dość oczywistych dzisiejsi wyznawcy Allaha są postrzegani inaczej niż przedstawiciele innych religii. Dzieje się tak głównie dlatego, że żadna inna religia nie jest obecnie powodem rozlewu krwi i tylu nieszczęść, co islam. Z pewnością przyczyną tego stanu rzeczy są skomplikowane procesy historyczne, za których przebieg sporą winę ponosi świat zachodni, a szczególnie polityka Stanów Zjednoczonych. Świadomość przyczyn i złożoności tego problemu nie usuwa go jednak z pola widzenia. W islamie istnieje mocny, popularny nurt, który nie ma nic wspólnego z tolerancją i sufickimi mędrcami, od których każdy z nas mógłby się wiele nauczyć.

Oskarżanie tych, którzy to zauważają, o islamofobię - jest jak mówienie komuś, kto nie chciałby się znaleźć w klatce z lwem, że ma obsesję na punkcie kotowatych. Jeśli w definicji islamofoba mieści się człowiek, który padł na kolana przed pięknem architektury Alhambry, wzniesionej przez Arabów w czasach, gdy Europa cuchnęła średniowiecznym odorem, zanurzona w błotach po kolana; jeśli mieści się w niej człowiek, który uwielbia różne nurty arabskiej muzyki i teksty Khalila Gibrana- to jestem nim całą gębą. Chciałabym tylko, by tę definicję doprecyzować, bo dotyczy ona tylko tego, co z islamem zrobili jego niektórzy wyznawcy w ostatnich dekadach.

Wierzę, że przyjęci przez nas uchodźcy mogą znaleźć w Polsce drugi dom i stać się ważną i cenioną cząstką naszej dotąd monolitycznej społeczności, ale by tak się stało, chyba nie wystarczy z wyższością piętnować ludzi, którzy mają jakieś obawy, lecz zastanowić się, jak je zminimalizować. Na przykład, przez naciskanie na  naszych polityków, by dbali o  bezpieczeństwo w   sytuacji, która jest dla nas wszystkich nowa. Tylko tyle, i aż tyle.

 

Platformo, nie bredź!

monillion

 Nie chcę głosować na PiS tej jesieni, bo to przystań dla szkodliwych szaleńców (takich jak Macierewicz) lub cynicznych manipulatorów (takich jak Sasin czy Kurski). Jedni i drudzy są jednakowo groźni. Jeśli dostaną w swoje ręce całą władzę wykonawczą oraz moc ustawodawczą,  na co się zanosi, nasz kochany kraj czeka marna przyszłość. Naobiecywali w tych wyborach wszystko wszystkim: frankowiczom – umorzenia, górnikom – łatwe życie, kukizowcom – dyskusję o JOWach, dzieciatym – po pięć stówek od łebka, rolnikom – dobre plony,  a młodym – interesującą i dobrze płatną pracę blisko domu.

 

Nie kupuję tego populizmu,  tak jak nie kupiło go 8 milionów Polaków, którzy postawili krzyżyk przy nazwisku prezydenta Komorowskiego.  I pewno tak jak oni, nie chcę iść do wyborów, by na znak protestu oddawać nieważny głos.

Ale,  nieudolna  Platformo – daj nam szansę!!!  Bo następna okazja  może się długo nie powtórzyć.

    Dlatego,  może zamiast wypuszczać do dziennikarzy takich geniuszy komunikacji, jak Niesiołowski czy Neumann,  bredzących o gorszym kandydacie, który wygrał lub o odcinaniu się od Komorowskiego, który sam sobie winny, mogłabyś, Platformo,  zaprosić na spotkanie kilku dobrych socjologów i zapytać ich o zdanie na temat tego, co się stało? Mogłabyś też dowiedzieć się, co robić w ciągu najbliższych miesięcy, by do ludzi trafić ze swoim przekazem. Oczywiście, pod warunkiem, że masz, Platformo,  jakiś przekaz i chce Ci się jeszcze coś robić.

Instytucja think tanków niezbyt się u nas przyjęła, bo politycy wolą siedzieć w mediach i mielić ozorami o sobie, zamiast stawiać pytania i dyskutować spokojnie z ekspertami. Ale może to dobra okazja, by coś zmienić. Tym bardziej, że „po staremu” nie wychodzi.  A „nowe” nadciąga i mądra diagnoza społecznych nastrojów i oczekiwań jest ważna jak nigdy dotąd.

     A więc, Platformo, przestań bredzić! Zamiast tego – musisz! Zaprosić mądrych ludzi i posłuchać!!!  Spokornieć, zrozumieć i zmądrzeć! A wybór jest szeroki: Czapiński, Santorski, Markowski, Sobiech i sporo innych….

  I jeszcze post scriptum o potrzebach:

 

Nasze państwo potrzebuje mądrych polityków, którzy usłyszą głos niezadowolonych i potraktują ich poważnie. Polityków, którzy zrozumieją, że uczciwość, pracowitość i kompetencje to dziś podstawowe wymaganie na politycznym CV.  Polska nie potrzebuje nawiedzonych demagogów, którzy przeciwników politycznych uznają za zdrajców, a na wiecach zawywają do Pana pieśni o zniewolonej ojczyźnie.  Nie potrzebuje też przyssanych do stołków, zadowolonych z siebie partaczy, którym się nie chce. Dlatego, Platformo, czeka Cię rewolucja na listach, jeśli chcesz, byśmy na jesieni znów ruszyli do wyborów i pomogli Ci coś ugrać!!!

 

 

 

 

O książkach, które warto było napisać...

monillion

Jak zwykle, czytam kilka książek na raz. Wieczorami pochylam się nad losami Aloszy i Mitii Karmazowów, nadrabiając w ten sposób zaległości z młodości. Wtedy nie starczyło mi czasu ni cierpliwości, by przeczytać coś jeszcze poza „Idiotą” Fiodora  Michaiłowicza. Pamiętam, jak zachwyciła mnie historia księcia Myszkina, co  zupełnie nie przeszkodziło mi porzucić Dostojewskiego na długie lata. Ot, młodzieńcza logika.  Potem, gdy mieszkałam w Nowym Jorku przeczytałam jeszcze „Zbrodnię i Karę”, ale w wersji angielskiej, bo taka akurat nawinęła się pod rękę. Myślę, że  przekład na niesłowiański język sprawił, że wtedy ta powieść niezbyt mnie poruszyła. Słowiański rodowód ma swoje zalety – jedną z nich jest możliwość czytania rosyjskiej literatury jak własnej. Nasze języki wprawdzie się różnią, ale ich pokrewieństwo sprawia, że przekład z jednego na drugi nie odziera tekstu z tej szczególnej melodii i atmosfery, jaką tworzą, na przykład, zdrobnienia imion. Bo jak na angielski przełożyć takie słowa jak Mitieńka czy Gruszeńka, z których ostatnie jest zmiękczeniem strasznego imienia Agrypina? No, po prostu – nie idzie.  Co przypomina mi rozmowę z pewnym, całkiem długo kształconym, Amerykaninem, moim byłym współpracownikiem, który zapytał mnie ongiś nader poważnym tonem- czy Szekspira da się przełożyć na język polski? Innymi słowy, czy po polsku można wyrazić jakieś bardziej wyrafinowane, skomplikowane treści? To tak a propos nieuctwa szefa FBI.

 

 Jakiś miesiąc temu  przeczytałam po raz drugi „Zbrodnię i Karę”, tym razem po polsku i tym razem -  z ogromną przyjemnością. Na zakończenie spędziłam jedną noc, siedząc w hotelowym pokoju w Dolomitach, czytając Epilog i zalewając się łzami nad zesłańcem Raskolnikowem i uzdrawiającą miłością dobrej jak anioł kobiety, która za nim ruszyła na Sybir.  To nagłe zainteresowanie rosyjską literaturą wynika zapewne z pragnienia, poruszania się pod prąd silnego antyrosyjskiego nurtu, obecnego w naszych mediach i domach.  

Równocześnie czytam „1945. Wojna i Pokój” Magdaleny Grzebałkowskiej, który jest zbiorem reportaży z pogranicza tych dwóch stanów skupienia naszej środkowoeuropejskiej cywilizacji. Doskonała lektura i brawa dla autorki za pomysł na książkę.

Kończę też czytać autobiografię Ewy Ewart, dziennikarki BBC, która ostatnie 20 lat spędziła kręcąc filmy dokumentalne w różnych częściach świata.
Za każdym razem, gdy otwieram, tę książkę, ląduję w kapsule czasu, przenoszę się momentalnie do miejsc, które Ewa opisuje. Jej opowieść natychmiast wciąga, niezależnie, w którym miejscu się ją przerwało i gdzie się do niej wraca. Relacje z kręcenia reportaży w Biesłanie, Kolumbii, Czeczenii i Rosji, rozmowy z szefami ETA i z Gorbaczowem są ciekawe, nie tylko dla osób zajmujących się dziennikarstwem.

Również dzięki temu, że jej pamięć szczegółów, imion, scenografii czyli wyglądu miejsc jest wprost niesamowita... “Widziałam” to portret osoby dość niezwykłej. Ewa Ewart jest  kobietą niezależną, pracowitą, odważną, konsekwentną i szczęśliwą. Odnalazła bowiem swój talent i  miejsce, gdzie mogła go rozwijać. Dzięki ciężkiej pracy, odniosła sukces i otrzymała wiele zasłużonych nagród. Poza tym  Ewart widzi zwykle “szklankę do połowy pełną”, co jest bezcenne. Bardzo lubię ludzi, którzy nie narzekają, a doceniają to, co przynosi im życie.

 

Karski - bohater niewysłuchany, czyli historia wielkiej obojętności...

monillion

Obejrzałam wczoraj w naszym, osiedlowym kinie Wisła film „Karski i władcy ludzkości” Sławomira Grunberga,  polskiego dokumentalisty, mieszkającego w Nowym Jorku. Warto poświęcić jeden wieczór, by przypomnieć sobie tę historię. Główną część dokumentu stanowią  fragmenty wywiadu, jakiego Karski udzielił Claude’owi Lanzmannowi przy okazji kręcenia filmu „Shoah”. Rozmowa jest  ilustrowana archiwalnymi filmami z warszawskiego getta i okupowanej Polski oraz wypowiedziami świadków tamtych wydarzeń, historyków i byłych uczniów Karskiego z Uniwersytetu w Georgetown. Wydaje się, że film tworzono głównie z myślą o odbiorcy amerykańskim, któremu trzeba pokazać przy okazji (najlepiej w emocjonalny sposób), jakim koszmarem była okupacja niemiecka w Polsce. Są w tym filmie świetnie zrobione komiksowe animacje, przypominające opowieści o  mitycznych supermenach, walczących ze złem; są też wstrząsające, realistyczne sekwencje z getta, które pokazują na czym polegała polityka eksterminacji Żydów,  zaplanowana i realizowana z niemiecką skutecznością. Trudno nie zastanawiać się, co by było, gdyby Karski mógł wykorzystać te materiały w swojej misji… Pewno jej rezultat byłby zupełnie inny. Tymczasem  miał do dyspozycji tylko swoją pamięć i słowa, którymi próbował opisać, to, co ludzkim językiem opisać się nie daje.

 

Karski udziela wywiadu w języku angielskim, którym włada biegle, choć z ciężkim polskim akcentem. Mówi wolno i  precyzyjnie, jednak jego opowieść siłą rzeczy jest mocno uproszczona. Dużo lepiej słucha się go w  dokumencie pokazanym kiedyś przez TVP2, w którym Polak może mówić w swoim języku. Oto link do tego filmu, zatytułowanego „Daremna misja” i nakręconego w 1993 roku.  Polecam go jako uzupełnienie do dzieła Grunberga. https://www.youtube.com/watch?v=Ap-J5h5M-Gg#t=2183

 

W tym materiale Karski ocenia swoich rozmówców w  bardziej wyrazisty sposób. Nikt nie jest zainteresowany ratowaniem polskich Żydów, bo jest  to zbyt kosztowne, niepopularne lub politycznie nieopłacalne. Karski przypomina moment, w którym informuje jednego z angielskich polityków, że wielu Żydów można ocalić, jeśli znajdzie się materialne wsparcie, w postaci twardej waluty i złota do wypłacania okupów. Szlachetne oburzenie Anglika, który nie wyobraża sobie „subsydiowania” hitlerowców, jest zarazem wyrokiem na kolejne tysiące mieszkańców Europy Środkowo-Wschodniej. Kraje alianckie, mimo posiadanej wiedzy o losie Żydów, odmawiają też wydawania wiz dla żydowskich imigrantów, tłumacząc się,  że przyjęły już ich zbyt dużo. Zamiast tego parlament angielski postanawia uczcić ofiary trwającej wtedy  rzezi minutą ciszy, „co nie zdarzyło się nigdy,  ani przed ani po raporcie Karskiego”. Bezużyteczny gest zamiast konkretnych działań.

W obu filmach relacjonowana jest rozmowa z sędzią sądu najwyższego Stanów Zjednoczonych,  Felixem Frankfurterem, który po wysłuchaniu relacji Karskiego stwierdza, że nie może uwierzyć w jego opowieści o cierpieniach ludności żydowskiej. Jednocześnie przyznaje, iż  nie  podejrzewa Karskiego o kłamstwo.  Logiczna sprzeczność i wygodne wytłumaczenie dla własnej bezczynności. Podobnie bezowocne jest spotkanie z prezydentem Rooseveltem, tytułowym „władcą ludzkości”, który woli nie narażać się amerykańskim antysemitom.

23. listopada 1942 roku New York Times zamieścił informację o hitlerowskim ludobójstwie, trwającym w Polsce. Redakcja oznajmiała, że planowa eksterminacja i masowe morderstwa zostały ujawnione za sprawą polskiego emisariusza i przekazane amerykańskiemu prezydentowi. Ten news został umieszczony na trzeciej stronie gazety. Na pierwszej był obszerny artykuł o pewnym lokalnym polityku, który zdecydował się przekazać swoje trampki w jakiejś aukcji dobroczynnej…. I to najlepiej ilustruje ówczesne amerykańskie podejście do tematu.

Karski do końca życia był rozczarowany wynikiem swoich działań. Wspaniały, dzielny człowiek, który wzrusza swoją skromnością. W filmie „Daremne działania” mówi, że zawiódł. „Żydzi nie wybrali mnie na swojego emisariusza. Ja byłem pod ręką. Nie mieli lepszego, ja i tak szedłem do Londynu. Wybrali więc Karskiego. – mówi– A ja do potworności tej misji byłem za mały, bez znaczenia, za głupi... Ja się nie nadawałem… kogoś lepszego żeby mieli… Ale nie mieli… - kończy ze smutkiem.

  I jeszcze jedna kwestia.  W jednym z wywiadów Sławomir Grunberg opowiadał, że za  wykorzystanie archiwalnych filmów, kręconych w warszawskim getcie przez pracujących tam SS-manów, Niemcy pobierają wysokie opłaty. To jakiś koszmarny skandal, który powinien zostać nagłośniony. Dziwne, że jeszcze nikt o tym nie napisał.

 

Nad kukułczym gniazdem, czyli latanie jest bezpieczne…

monillion

  Chyba wszyscy wiedzą, że latanie jest najbezpieczniejszą formą transportu. Wystarczy sprawdzić statystyki, by nie mieć co do tego najmniejszych wątpliwości. Mimo to, z przyczyn zupełnie irracjonalnych, zaliczam się do licznej grupy osób, którym ciśnienie krwi gwałtownie wzrasta, gdy na pokładzie samolotu słyszą komunikat, że maszyna jest gotowa do startu. Nie lepiej jest, gdy  podchodzi do lądowania; nie mówiąc już o tym, kiedy parę kilometrów nad ziemią, osiąga jakąś zawrotną prędkość przelotową, a pilot (nie wiadomo po co) informuje, że na zewnątrz panuje temperatura, przy której  syberyjskie mrozy to powiew lata. Do setki powodów, dla których trudno mi uwierzyć, że nie należy się martwić stanem technicznym maszyny, nasilonym ruchem lotniczym w powietrzu, logistyczną zadymą na międzynarodowych lotniskach, obsługiwanych przez śmiertelnie przemęczonych kontrolerów lotu,  dochodzi kolejny: nastrój pilota. Dotąd sen z oczu spędzali mi głównie islamscy terroryści z zapalnikami w zadkach, tłuste ptaszyska przecinające powietrzne korytarze oraz hordy idiotów, wyposażonych w drony, które, oczywiście,  najlepiej testować w pobliżu pasów startowych dla samolotów. Dotąd pochłaniały mnie rozważania, jak to możliwe, że kilkaset ton metalu, wypełnionych gawiedzią, gigantyczną ilością bagażu nadanego i podręcznego (w którym większość usiłuje dyskretnie przemycić kolumnę Zygmunta w kawałkach) oraz morzem benzyny; no więc,  jak to możliwe, że to wszystko unosi się w powietrzu, a,  co więcej, daje się sterować przez dwóch facetów zamkniętych w małej kabinie z zaparowanymi oknami, wielkości kibla, z  którego, jak wiadomo, lepiej nie  korzystać na wypadek turbulencji. 

 

Tak było do niedawna, kiedy okazało się, że można wszystkiego dopilnować, sprawdzić każdego pasażera na lotnisku pod kątem potencjalnego przejścia na stronę islamskich fundamentalistów, można mieć super sprawny samolot, a i tak nie ma gwarancji, że lot zakończy się powodzeniem. Po trzech dniach od katastrofy Germanwings na trasie Barcelona – Dusseldorf okazało się, że pilot oszalał. Lufthansa, właściciel tanich linii lotniczych, których samolot uległ wypadkowi,  zapewnił, że regularnie monitoruje stan psychiczny swojej kadry. Znając niemiecką skrupulatność - trudno w to wątpić.  Jednak nasuwa się nieuchronny wniosek: jeśli zdarzyło się to Niemcom, jak tu spokojnie wsiadać do  samolotów TAPu, obsługiwanych przez melancholijnych Portugalczyków czy Alitalii, gdzie za pulpitem sterowniczym siedzi rozemocjonowany Włoch? Przecież wiadomo, że jedni i drudzy mogą łatwo popaść w depresję. Zresztą, jak wiadomo, choroba nie wybiera. Podobnie jak opętanie fanatyzmem religijnym, zawiedzioną miłością czy zazdrością.

Jeśli dla kogokolwiek latanie było przyjemnością, to przestało nią być po 11. września 2001 roku.  Nie chodzi tylko o miliony godzin spędzone przez ludzi na całym świecie, podczas kontroli bagażu i butów powyżej kostki. Chodzi o poczucie bezpieczeństwa, a raczej jego brak, który zaczyna nam towarzyszyć całodobowo, właściwie w każdym zakątku planety. Nawet jeśli na wakacje wybierzemy jakieś spokojne, tropikalne raje, rezygnując z pieszej wędrówki śladami Mahometa czy arabskiego włóczykija, Ibn Battuty, nie mamy pewności, że nie dopadnie nas tsunami stulecia lub w sąsiedniej Japonii nie wylecą w powietrze cztery generatory  elektrowni atomowej. Jeśli już nawet uda nam się wyjść cało z Luwru, który dla naszego spokoju wyposażono w detektory metalu i substancji wybuchowych na wejściu, to nie ma gwarancji, że na zewnątrz nie czeka jakiś szurnięty breivik z odbezpieczonym kałasznikowem.  Po okresie stosunkowego uspokojenia, jaki nastał po drugiej wojnie światowej, nasze poczucie bezpieczeństwa powraca do stanu wczesnej epoki średniowiecza, kiedy człowiek nie bardzo wiedział, czy wschód słońca, który właśnie go wyrwał z niespokojnego snu, nie jest ostatnim w jego życiu. Mimo niesamowitego postępu technologicznego, a może właśnie za jego sprawą, stajemy się znów niewolnikami największego potwora - strachu. I jak tu żyć, panie, jak żyć?

Zagadka Lucyfera

monillion

Czytuję wieczorami książkę Bartosza Wielińskiego pod tytułem „Źli Niemcy”. Interesują mnie oni w równym stopniu, co ci dobrzy. W pierwszej połowie XX wieku ich charaktery były poddawane ekstremalnym próbom, których rezultaty odczuła cała Europa. Temat ‘efektu Lucfera’, czyli tego, jak zło wylęga się, rozrasta, a w końcu opanowuje duszę człowieka,  fascynuje mnie jeszcze bardziej od czasu, gdy usłyszałam, jak profesor Philip Zimbardo postawił tezę, że w odpowiednio sprzyjających warunkach – Lucyfer może omotać niemal każdego z nas. Mój spór z profesorem dotyczył zakresu słowa „niemal”, który wydaje mi się dużo szerszy niż jemu. Profesor gratulował mi optymizmu i wydawał się pewien swoich szacunków, które, najdelikatniej rzecz ujmując, nie stawiały przedstawicieli homo sapiens w nazbyt dobrym świetle.

Znany niemiecki chemik i laureat Nagrody Nobla, Fritz Haber, jest przykładem człowieka, któremu Lucyfer  niejeden cyrograf do podpisu podsunął. Poza niewątpliwymi osiągnięciami naukowymi, takimi jak opracowanie taniej metody pozyskiwania amoniaku czy wynalezienie trucizny stosowanej do deratyzacji i dezynsekcji, Fritz wykorzystał swoją wiedzę do stworzenia broni chemicznej, znanej dziś pod nazwą iperytu.  Nie tylko ją wymyślił i wyprodukował, ale jeszcze zaproponował i gorąco orędował jej użycie na frontach pierwszej wojny światowej. Gdy gaz rozpylono po raz pierwszy, na linii Maginota w okolicy miasteczka Ypres, ofiarami padło jednorazowo pięć tysięcy francuskich żołnierzy. Potem eksperyment powtórzono jeszcze na wojnie z Rosją, z podobnie ponurą skutecznością.

Nie, Fritz Haber nie miał żadnych wątpliwości, co do zastosowania swojej wiedzy. Wręcz przeciwnie, jako wierny syn Niemiec, (nawiasem mówiąc, syn żydowskiego pochodzenia, które początkowo utrudniało mu karierę i zmusiło do przejścia na protestantyzm) chętnie przykładał się do ich obrony. Jego więź z Lucyferem  wydaje się  jeszcze silniejsza, gdy uświadomimy sobie, że miał blisko siebie osobę, która go przestrzegała i która wojennej propagandzie oraz patriotycznemu zaczadzeniu nie uległa. I to ona właśnie wydała mi się najciekawszą postacią rozdziału pierwszego książki, zatytułowanego po prostu „Fritz Haber”.

Clara Immerwahr - młoda, utalentowana i spragniona wiedzy, córka chemika z Breslau. Mimo sprzeciwu środowiska naukowego wywalczyła sobie doktorat z chemii, oraz perspektywę badań  na  wrocławskim uniwersytecie. Jej dobrze zapowiadającą się karierę naukową przerwało małżeństwo z Fritzem Haberem, który stłumił jej ambicje, sprowadzając do roli kury domowej oraz swojej asystentki. Niespełniona i nieszczęśliwa, Clara trwa u jego boku. Gdy Fritz angażuje się w prace nad bronią chemiczną – protestuje. Po kolejnej kłótni na temat ofiar pod Ypres – grozi samobójstwem. Haber jednak jest nieprzemakalny w swoich poglądach. Trwa przy nich również wtedy, gdy dowiaduje się, że tej samej nocy Clara popełnia samobójstwo.

Przeczytałam wczoraj, że Uniwersytet Wrocławski ufundował specjalną tablicę pamiątkową dla upamiętnienia jej życia. Wiem też, że w Niemczech młodym kobietom ze świata nauki przyznawana jest nagroda jej imienia. Jednak znany instytut chemiczny w Berlinie nosi imię jej męża. W zakładce o historii firmy epizod z iperytem opisany jest w taki sposób: „Inspired by patriotism, Haber made also plans for the usage of chemical weapons. He directed their first large-scale application in 1915, believing that trench warfare could be terminated this way bringing the war to a quick conclusion, and in favor of Germany…”

 Clara była odważna i mądra. A także odporna na wpływ Lucyfera. Umarła w maju 1915 roku. Jej mąż nie dożył drugiej wojny światowej i nie zobaczył jak wykorzystano inny z jego wynalazków- cyklon B. Przegnany z Niemiec przez Hitlera, zmarł w Bazylei dziewięć lat po swojej żonie. Ciekawe, czy gdyby został doceniony przez nazistów i żył dłużej, uznałby, że  cyklon B może być równie pożyteczny „in favor of Germany”?  

Tłok w kosmosie, czyli więcej patriotów na orbicie...

monillion

Polska powinna  jednak opatentować  przełomowy wynalazek. Mam na myśli to, nad czym męczy się wspominana wczoraj ekipa Bransona, a co nam wychodzi bez pudła, wysiłku i rozgłosu. Tam awarie,  pot, krew i łzy oraz finansowa wtopa, a u nas zero nakładów, same sukcesy i coraz większe grono pasażerów. Do latających na orbicie, z której Ziemia wygląda jak niebiesko –żółta piłeczka tenisowa, dołączają kolejni chętni. Bezwypadkowy prom o nazwie „Patria in periculum” teleportuje ich w kosmos i stamtąd nadają do Ziemian.

Ostatnio do grupy kosmonautów dołączył niejaki Talaga Andrzej, dotąd znany mi jako dziennikarz Rzeczpospolitej, obecnie legitymujący się etatem (chyba?) w Warsaw- Coś- tam –Enetrprise, który wygląda na think-tank, sądząc z pobieżnej lektury ich strony internetowej. Talaga jest tam dyrektorem d/s strategii. Gdyby był  w pionie rozrywka i kabaret- nie miałabym pytań, a tak z pewnym zdziwieniem przeczytałam jego tekst  we wczorajszej Rzepie, zatytułowany:  „Niech się boją Polaków”. Po jego lekturze ja się boję Talagi.  

Oto fragment:

„Na sprzęt dający taką (dużą) siłę rażenia Polski nie stać, a broni nuklearnej wprowadzić nie możemy i nie chcemy, choć mamy atomowy potencjał. Pozostaje zatem odstraszanie niekonwencjonalne, oparte na walce wysoko zmotywowanego społeczeństwa. Jeśli przeciwnik będzie wiedział, że jego agresja natknie się na masowy, przygotowany opór obywateli, a nie tylko armii zawodowej, dobrze się zastanowi, zanim uderzy. Oby nie zaatakował nigdy, co właśnie stanowi cel odstraszania, które zawsze jest kosztowne dla społeczeństwa, ale dużo tańsze niż wojna.”

I drugi: „Pomimo miliardów dolarów wydanych na  prowadzenie (…militarnych operacji w Iraku i Afganistanie) Amerykanom nie udało się zlikwidować lokalnych ruchawek zbrojnych. (…), choć wcale nie były zjednoczone i popierane przez większość tamtejszych społeczeństw. A czego może dopiero dokonać zmotywowane, zjednoczone społeczeństwo, które chwyci za broń? To siła, na którą współczesne wojsko nie ma odpowiedzi.”

Mąż sugerował, by się tym nie zajmować, bo na pewien poziom absurdu jedyną reakcją jest brak reakcji, ale jako osoba, życząca mojemu krajowi jak najlepiej,  nie mogłam tego zignorować. Aby usnąć w spokoju, napisałam pod artykułem krótki komentarz, którego właściwie nie ma powodu dziś zmieniać.

„To chyba najbardziej kretyński artykuł, jaki ostatnio powstał w związku z sytuacją na Ukrainie. Panie Talaga, pan sobie załatwi jakiegoś gnata i pójdzie postrzelać na strzelnicy, to może zląduje Pan na Ziemi, bo widzę, że dołączył Pan do grupy orbitujących w stanie nieważkości. Porównywanie partyzanckiej walki na polskich równinach z tym, co się dzieje w górzystym Afganistanie, i gadanie, że pospolite ruszenie ma w dzisiejszych czasach szanse z dobrze uzbrojonym wojskiem przeciwnika zasługuje na tytuł Bredni Roku. Najgorsze, że tak bredzących wyciągają z gazet i przenoszą do jakichś sink -tanków, które teoretycznie mają pomagać rządzącym… … No chyba, że to dowcip… Czy za takie przemyślenia dostaje Pan jakieś wynagrodzenie? Czy to działalność hobbystyczna?”

Przyszło mi do głowy - może zamiast bać się Talagi,  wrzucić go do ulotki reklamującej nasze kosmiczne osiągnięcia w obszarze bezawaryjnych i bezszelestnych wyrzutni rakietowych?…

Tłok w kosmosie, czyli obserwacja spóźniona...

monillion

            Przyszło mi dziś do głowy, że w stwierdzeniu Adama Hoffmana na temat tego, iż premier Kopacz jest trzy poziomy niżej niż pan Prezes,  jest sporo prawdy…  Zaiste udało  się rzecznikowi PiS doskonale określić wysokość przelotową swojego szefa.   To nie Kopacz jest niżej, lecz prezes orbituje trzy poziomy  ( a nawet więcej niż trzy) wyżej niż Kopacz i reszta Polaków.

            Prezesowi udało się bowiem to, co nie powiodło się bogatemu właścicielowi Virgin Airlines, Bransonowi, którego próba wyjścia ponad atmosferę, kosztowała utratę zaufania w sukces i parę milionów zielonych  na dokładkę. Tymczasem prezes wyleciał z powodzeniem na znaczną odległość od Ziemi, do tego w kapsule pełnej zadowolonych pasażerów. Razem z nim po orbicie fruwają jego przyboczni specjaliści od zamachów i spisków, prawdziwi patrioci polskiego dziennikarstwa oraz  w biznes-klasie pani  E. S., zwolenniczka teorii, że jak nie wiadomo, o co chodzi, to na pewno wina Ruskich, a jak wiadomo, to tym bardziej...

(Koszmarny) Sen o Warszawie

monillion

 Martwią mnie bardzo artykuły, opisujące fatalną w skutkach reprywatyzację gruntów i nieruchomości w Warszawie. Ich autorzy informują, że  w świetle obecnie obowiązującego prawa w naszym mieście ma miejsce szwindel na masową skalę.

 

Różne cwaniaki przy pomocy opłaconych prawników ustanawiają się kuratorami  mienia (na ogół pożydowskiego) w rzekomo szlachetnym celu „zadbania o interesy spadkobierców”. Nasze prawo jest tak skonstruowane, że wystarczy co pół roku zamieszczać w prasie ogłoszenie o poszukiwaniu prawowitego właściciela, by mieć pełne prawo do reprezentowania go i jego nieznanych krewnych przy odzyskiwaniu terenów i budynków w Warszawie. Fakt, iż właściciel, gdyby żył, miałby dziś 130 lat, jest bez znaczenia. Nie trzeba znaleźć, wystarczy szukać, a można ubić niezły interes.

Ta sytuacja jest wynikiem bałaganu, który powstał po wprowadzeniu tzw. dekretu Bieruta, oraz braku ustawowego rozwiązania kwestii reprywatyzacji w Polsce. Urzędnicy są bezradni, sędziowie – jak zwykle- obojętni przy wydawaniu wyroków korzystnych dla ewidentnie oszukańczych roszczeń, a miasto traci bezcenne tereny i wyrzuca z nich szkoły, parki, szpitale…

Zrozpaczony urzędnik Biura Nieruchomości, Marcin Bajko, mówi w Gazecie Wyborczej o swojej bezsilności wobec napierającej fali cwaniactwa, które znajduje oparcie w niefortunnych zapisach i lukach w naszym prawie. Podobno 60 procent mieszkańców Warszawy mieszka na prawnie nieuregulowanych gruntach.

Polecam ten wywiad, bo jest wstrząsający.  http://wyborcza.pl/magazyn/1,140955,16745522,Jak_znikaja_szkolne_boiska.html

Na pytanie o „dobro społeczne, interes publiczny” – urzędnik mówi, że nie używa takich pojęć, bo nie działają. Chodzi tylko o kasę. Podobno sędziowie występują do Trybunału Konstytucyjnego z pytaniem, czy „dobro społeczne” jest zgodne z konstytucją!!!

Marcin Bajko podaje też tymczasowe rozwiązania, które choć trochę mogą przystopować grabież publicznych terenów w stolicy. Gdyby nasz parlament je wprowadził, urzędnicy mieliby możliwość ich obrony:

1.      przepis zakazujący sztuczki „na kuratora” w przypadku dawnych właścicieli, którzy dziś mieliby ponad sto lat

2.       prawo pierwokupu dla miasta

3.      prawo do zamiany gruntów  przy zwrotach terenów użyteczności publicznej przez miasto

I co robić z tymi informacjami poza przeczytaniem i doświadczeniem świętego oburzenia? Może jednak powinniśmy zacząć po obywatelsku dociekać, dlaczego konieczne przepisy nie są uchwalane? Czy ktoś za tym stoi? Czyj interes jest tu chroniony?

ps używam słowa "grabież", gdy piszę o działaniach de facto zgodnych z literą prawa, ale uważam, że to co dozwolone w ramach przepisów, nie oznacza automatycznie - uczciwe. 

 

O epoce lodowcowej Scolariego i efekcie cieplarnianym Podolskiego...

monillion

      Jeśli trener Scolari w ogóle zmrużył oko tej nocy, to o czym śnił? Może o tym drobnym, brazylijskim chłopczyku, którego z trybun wychwyciła kamera, gdy wycierał łzy po kolejnym golu Niemców? A może śnił o nagłej przemianie Marcela w Mascherano?

Marcelo ma podobno dziś zatrzymać Robbena, co dobrze Brazylii nie wróży. Ta sztuka udała się Javierowi Mascherano, który cudownym, precyzyjnym kopnięciem zdjął piłkę z buta Robbena w ostatniej chwili,  tuż przed strzałem na bramkę Argentyny. Była właśnie 90-ta minuta meczu i gdyby nie ta interwencja, to drużyna Arjena grałaby jutro na najsłynniejszym stadionie świata przeciw Niemcom.

Tymczasem Niemcy  wrzucili ostatnio do sieci krótki filmik nagrany podczas tych mistrzostw. Wynika z niego, że Brazylia kojarzy im się nie tylko z łomotem, jaki spuścili swoim uroczym gospodarzom w Belo Horizonte, ale też ze słoneczkiem, plażą, ciepłym oceanem i dobrą zabawą. Chodzi zapewne o wywołanie ‘efektu cieplarnianego’, czyli udobruchanie brazylijskiej publiczności przed  finałem na Maracanie. Wiadomo - fajnie byłoby mieć po swojej stronie  tych kibiców, którzy nie będą owinięci w biało-niebieskie flagi. Paradoksalnie, Niemcy mają szansę na przychylność ze strony Brazylijczyków, bo dla wielu z nich już sam widok Argentyńczyków walczących o puchar na Maracanie to zgroza i fatalny finał tych mistrzostw. 

Z tego, co pisze brazylijska prasa  i moi znajomi z kraju samby – ocieplenie wizerunku niemieckiej drużyny postępuje. Niemały udział ma w tym nasz ulubiony Podolski, który został uznany za najfajniejszego (mais querido, fofo) piłkarza gringos. Charyzmatyczny, uśmiechnięty, zakochany w Brazylii, podkreślający fantastyczną atmosferę tych mistrzostw ma na portalach tysiące zwolenników. Bardzo chciałabym, żeby dziwnie wyglądający, ale skuteczny, trener Niemców dał mu  szansę zagrać w finale.

I na koniec trochę proroctwa wymieszanego z mgłą podejrzeń… Najprawdopodobniej słowa powtarzane przez tłumy na brazylijskich ulicach   – „Nao vai ter copa!” były prorocze, bo  „copa” powędruje do Niemców i karnawałowa noc nastąpi nie w boskim Buenos, lecz w Berlinie. Oczywiście mogę się mylić, ale zakładam, że Niemcy pokonają słabujących Argentyńczyków 2:1. I tu jest miejsce na ciekawostkę, czyli teorię spiskową, na którą trafiłam w jednej z brazylijskich gazet.

            To evergreen wszystkich katastrof narodowych, a więc i tej z Minas Gerais z ubiegłego wtorku. Podobno szerzy się ona na portalach społecznościowych, znajdując swoich wyznawców, zupełnie niezależnie od stopnia absurdu, o jaki zahacza. Przytaczam ją, bo skojarzyła mi się od razu z tym, co działo się u nas po innej, dużo poważniejszej w skutkach katastrofie, będącej konsekwencją zaniedbań, nieszczęśliwych zbiegów okoliczności, nieprzestrzegania procedur i złych decyzji – co z grubsza można by uznać (przy zachowaniu stosownych proporcji) za  przyczynę awarii drużyny Scolariego. Dla wyjaśnienia dodam, że w kwestii niedotrzymania procedur – w przypadku Felipao – chodziłoby o procedurę logicznego myślenia przy ustawianiu strategii na mecz bez Neymara i Thiago Silvy.

Otóż według tej teorii, ostatni mecz Brazylii został sprzedany!!! Kupcem była skorumpowana do cna, mafia futbolowych leśnych dziadków, z siedzibą w Szwajcarii, zainteresowana wręczeniem mistrzostwa Niemcom. Są oni bowiem ważnym finansowym partnerem i gospodarczym potentatem, który na ten tytuł czeka już od 24 lat.  Niemcy mają dużo krytycznych uwag pod adresem Blattera (kto ich nie ma!) i puchar mistrzostw miałby zdobyć ich przychylność dla dalszej działalności FIFY.

Co miałaby mieć z tego Brazylia, poza narodową hańbą stulecia?  Obietnicę złota na najbliższej Olimpiadzie (bo tego jeszcze w swojej kolekcji nie mają), obietnicę kolejnego Mundialu u siebie przed 2030 rokiem oraz spore pieniądze dla zawodników i działaczy. Podobno nie zgadzał się na ten „deal” David Luiz, więc firma Nike (która też jest w spisku) zagroziła zerwaniem podpisanego z nim lukratywnego kontraktu. W układance jest także Neymar, który rzekomo nie ma pękniętego kręgu, a dowodem na to, ma być między innymi fakt, że facet, którego wnoszono do helikoptera miał twarz przykrytą ręcznikiem. Uff! Brakuje tylko sztucznej mgły…

Piszę o tym, bo podczas ostatniej klęski Brazylii nikt ich bólu chyba tak nie rozumiał jak nasi kibice – a tu okazuje się, że punktów stycznych jest więcej.

Trochę się rozpisałam, ale, drodzy czytelnicy, wybaczcie mi. To z nerwów. Boję się dzisiejszego wieczoru. Nie wiem, jak spał Scolari, ale mnie dręczyły złe sny. Trzymam kciuki za canarinhos – bo kocham ich kraj (zupełnie jak Lukas Podolski) i życzę im jak najlepiej. Nawet jeśli chwilowo grają jak  Zawisza Rzgów, z całym szacunkiem dla sportowców ze Rzgowa.

  

Smutek w tropikach, czyli jak podnieść się po katastrofie...

monillion



 

No i stało się. Ogromna presja, świadomość własnej słabości, brak dwóch najlepszych graczy  i błędna taktyka w konfrontacji z niemieckim panzerfaustem przyniosła rezultat na miarę greckiej tragedii. Ta klęska przyćmi macaranaco z 50tego roku, kiedy Brazylia na własnym terenie dała sobie odebrać puchar na chwilę przed zakończeniem finałowego meczu. (Pisałam o tym w Polityce dwa tygodnie temu.) Tamten moment był pamiętany przez całe pokolenie Brazylijczyków, którzy porównywali jego znaczenie do chwili, gdy zamordowano Kennedy’iego. Każdy Amerykanin, który przeżył dramat w Dallas, może powiedzieć, co robił w tym dniu. Ma to wryte w pamięć. Tak jak większość świata wie, co robiła w pewien wrześniowy poranek, gdy dwa samoloty wbiły się w wieże na Manhattanie.

            Niestety w brazylijskiej świadomości tak wysoko przegrany mecz w tak ważnych rozgrywkach, mimo całego absurdu tego porównania, lokuje się na podobnie odczuwalnych rejestrach bólu. Upokorzenie, wstyd, rozpacz. Katastrofa, łzy i zawały serca. Takie nagłówki widziałam w głównych brazylijskich dziennikach w czasie meczu. Zawód i rozczarowanie, choć od początku wiadomo było, że ta drużyna to Neymar i kilkunastu statystów. Mimo to wśród kibiców Brazylii (do których też się zaliczam) była jakaś nieuzasadniona nadzieja , że wykluczenie dwóch ważnych zawodników, zmoblilizuje tę drużynę i wleje w nią siłę i czar, którego próżno było szukać w poprzednich meczach.

Dziennik O Dia zamieszcza artykuły o meczu w czarno-białych kolorach. Ogromny tytuł na pierwszej stronie "Wstyd w kraju futbolu"  ilustrowany jest zdjęciem Oscara płaczącego na murawie boiska. Neymar- dependencia i decyzje trenera wysuwane są na czoło zarzutów. Jeden z dziennikarzy użył już neologizmu  mineirazo, która nawiązuje do poprzedniej przegranej.  Obawiam się, że tę traumę Brazylia będzie przechodzić po raz drugi, tyle, że w dużo większym stopniu, bo wynik dużo bardziej przygnębiający i przebieg spotkania upubliczniony na globalną skalę. Tak jak i hańba, którą okryli Brazylię jej reprezentanci. Gdyby przegrali jedną bramką, nikt by do nich nie miał pretensji. Brak Neymara tłumaczyłby wiele. Ale wynik 7:1?

            Kiedy Brazylia dojrzeje i się z tego podniesie? Kiedy zrozumie, że potrzebuje reformy systemu sportowego, tak jak wielu innych obszarów swojego ogromnego państwa? Joga bonita to ich wynalazek i nikt tego Brazylii nie odbierze. Tak jak nikt nie odrobi za nią lekcji, która mówi, że tylko ona sama może do tej tradycji wrócić.   

Przed Brazylią jeszcze jeden egzamin za tydzień. Oby nie musieli go zdawać z Argentyną, bo do sportowego ciśnienia dołączą się jeszcze dodatkowe emocje, które zawsze towarzyszą spotkaniom z wielkim rywalem zza miedzy. 

Za chwilę w tamtejszej prasie zaczną się rozważania, jak się podnieść po takiej katastrofie. Chciałoby się powiedzieć- do roboty chłopaki.  To nie przypadek, że  najpiękniejsze karty futbolu zapisali tacy gracze jak Garrincha, Pele, Zico, Socrates, Kaka, Romario, Ronaldo, Ronaldinho, czy wreszcie Neymar. Jest do czego nawiązywać. W 200-milionowym narodzie oszalałym na punkcie piłki co tydzień rodzą się talenty na miarę tamtych bohaterów. Trzeba tylko umieć ich łowić i uczyć, na czym polega joga bonita.  

Bez klasy dla kasy...

monillion

Nie wiem, czemu tego nie opublikowałam wczoraj, po napisaniu. Teraz  - nagła zmiana decyzji. 

Z dzisiejszej pobieżnej lektury mediów elektronicznych wyciągnąć można na pewno taki wniosek: jak dobrze, że nic dla tego kraju wielkiego nie robiłem/łam. Jak cudownie, że daleko mi było do  szalonych pomysłów, typu: obalić komunę lub walczyć o wolność dręczonych robotników.

Dzięki temu, mam dziś spokój i żaden cenckiewicz nie grzebie mi w życiorysie. U takiego Wałęsy, na przykład, dogrzebał się do siódmej klasy podstawówki i dowiedział, że przyszła ikona Solidarności, człowiek, ceniony na całym świecie za swój wkład w zmianę ustrojową dawnego Bloku Wschodniego – nie zdał z klasy do klasy! Dowodem jest brak dowodu na twierdzenie przeciwne, czyli że zdał.  

-Każda książka ma swoje błędy i nieścisłości. Chętnie je poprawimy, jeśli Lech Wałęsa wykaże, że było inaczej, niż napisał autor. Wałęsa twierdzi np., że nie powtarzał siódmej klasy, ale nie pokazuje świadectwa. A przecież nie jest tajemnicą, że był słabym uczniem - mówi prezes poznańskiego wydawnictwa Tadeusz Zysk. I dodaje, że w tym przypadku Cenckiewicz oparł się na rozmowie, jaką z kolegą Wałęsy z klasy przeprowadził inny historyk Piotr Zyzak.

Autorowi i właścicielowi wydawnictwa gratulujemy: zdania z klasy siódmej do ósmej oraz wytknięcia potknięcia człowiekowi, któremu w dużej mierze zawdzięczają to, iż dziś mogą się bogacić na publikowaniu dowolnej ilości bzdur w dowolnym nakładzie.

 Janusz Głowacki  napisał świetną książkę "Przyszłem", którą powinien przeczytać historyk Cenckiewicz, autor dzieła "Wałęsa, człowiek z teczki". Może by w końcu coś zrozumiał. Na przykład taki fragment: "Poza tymi, którzy siedzieli w więzieniu, większość obywateli, włączając mnie, stała po szyję w wodzie tak mętnej, że nie było pewności, kto ma jeszcze na sobie majtki, a kto już stoi z gołą dupą. Krótko mówiąc, był to świat skundlony. Niby najweselszy w socjalistycznym obozie, ale jednak barak i dziś musi budzić niedowierzanie i odrazę niepokornych patriotów z tak zwanych wolnych mediów." 

Paryskie rozważania

monillion

     Przypadkowy zbieg wydarzeń związany z wcześniejszymi zobowiązaniami zadecydował, że w tym roku spędziłam Święto Niepodległości nad Sekwaną. Spakowałam do walizki biało-czerwoną  plus zestaw ubrań na dwa dni i w sobotę odleciałam w stronę zachodzącego słońca, zostawiając za sobą w oddali „rów w którym płynie mętna rzeka”, jak pisał poeta.

Okazało się, że dzięki temu nie musiałam na żywo oglądać kolejnej klęski listopadowej, zorganizowanej przez zakapturzoną hołotę, która święto narodowe traktuje jako okazję do wyżycia się na ulicach Warszawy. Nie musiałam denerwować się tak, jak większość moich znajomych, na władze stolicy, które wydały zgodę na ponowny przemarsz przez miasto tych samych bandziorów, pod tymi samymi hasłami i  z tymi samymi przywódcami, co w ostatnich dwóch latach. Oszczędzona mi była frustracja wypowiedzią szefowej sztabu kryzysowego miasta, która stwierdziła, że nie dało się demonstracji narodowców zablokować. Bo fakt, iż ktoś popełnia przestępstwo sto razy, nie oznacza iż zrobi to po raz sto pierwszy, ergo – władze były bezradne. Co najważniejsze zaś,  nie byłam zmuszona do oglądania dziwnego faceta z wąsikiem, wyskakująego na ekran telwizora raz do roku i mówiącego równie głupio, co szybko i zapalczywie. Uff! To wszytko przeszło bokiem.

Dzięki temu, niepodległość kojarzy mi się w tym roku przede wszystkim z atmosferą zgody i spokoju po śmierci Tadeusza Mazowieckiego i pewnym wpisem do księgi kondolencyjnej, który zobaczyłam w Pałacu Prezydenckim. (o którym w poprzednim wpisie). Mam nadzieję, że takich jak autor tego wpisu w przyszłości będzie coraz więcej, a coraz mniej tych, którzy wolą w kominiarkach i z kamieniami w rękach. I mam nadzieję, że ewakuacja z Warszawy w dniu narodowej dumy nie będzie najlepszym wyborem, jaki się nasuwa. 

Jak wiadomo, podróże kształcą. Tym razem wykształciły u mnie poczucie szczęścia z powodu mieszkania w Polsce, a nie w pięknym Paryżu. O tym, że Francja byłaby wspaniałym krajem, gdyby nie zamieszkujący ją Francuzi, piszą liczne poradniki turystyczne. Przyznaję, że jest coraz gorzej, a brak kultury i codzienna opryskliwość paryżan osiąga kolejne wyżyny. I nie ma znaczenia, czy człowiek mówi biegle po francusku, czy jest tylko biednym  angielskim turystą, który zmuszony jest wejść do restauracji i zamówić cholerną bagietkę z serem u rozjuszonego tym faktem kelnera. To już nie przygodne chamstwo, lecz  dominujący trend, z którego paryżanie są najwyraźniej dumni i który im w codziennym życiu zupełnie nie przeszkadza.

             Paryż zatem zaofiarował mi wspaniały prezent – poczucie szczęścia, że nie mieszkam wśród Francuzów, a w kraju nad Wisłą, która wprawdzie mętną wodę toczy, ale za to poprzez miasta, gdzie ludzie ludziom bardziej przyjaźni. W końcu 11 listopada jest tylko raz w roku...

monillion

 Podjechałam dziś wieczorem do Pałacu Prezydenckiego, by się wpisać do księgi kondolencyjnej Tadeusza Mazowieckiego. W kolejce jakieś starsze kobiety cały czas rozmawiały, pchając się i szturchając mnie łokciami (chyba taki kolejkowy odruch), inni robili zdjęcia sobie, a potem trumnie, bo „będziesz miała, Mariolka, tako oryginalno fote”. Na koniec można było jednak usiąść przy  księdze i napisać kilka słów. Obok  koślawymi literkami pewien mały Michał wykaligrafował takie zdanie: „Panie premierze, nieznałem pana, ale wiem, że był pan wielkim człowiekiem. Też taki będę...” (pisownia oryginalna).

Michałku, życzę ci z całego serca, żebyś też taki był.

© podróże codzienne
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci