|
piątek, 04 maja 2012
O tym, że z wielkich talentów można czerpać ogromną przyjemność, choć nie zawsze...
Byłam wczoraj na świetnym przedstawieniu, które, topograficznie rzecz ujmując, należy do kategorii ‘off-Broadway shows’. Mimo upływu lat jego popularność nie maleje, wręcz przeciwnie, zdobycie na nie biletów – szczególnie tych bliżej sceny – graniczy z cudem. Niektórzy nowojorczycy wykupują karnety na cały sezon, albo nawet na kilka lat na przód, bo niezależnie od tego, kto akurat gra główne role – wiadomo, że poziom będzie wysoki, a doznania artystyczne gwarantowane. Wczorajsze przedstawienie nie odbiegało od normy – z doskonale zaprojektowaną scenografią, oprawą świetlną i muzyczną, dwudziestoma tysiącami ludzi na widowni i fantastyczną atmosferą. Aktorzy znali swoje role, ale, zgodnie ze scenariuszem, musieli improwizować. Widać było, że nie ma wśród nich amatorów, a niektórzy są prawdziwymi geniuszami swojej sztuki. Sądząc po tym, co działo się na widowni, trudno się dziwić, że zarabiają miliony i są tu powszechnie uwielbiani. Oczywiście, piszę o meczu koszykówki, jaki odbył się wczoraj, w ramach play-offs w hali Madison Square Garden na Manhattanie. Na scenie spotkały się dwie drużyny: New York Knicks i Miami Heat, a ja miałam okazję obejrzeć wszystkie cztery kwarty w otoczeniu fanów nowojorskich koszykarzy. Nie wiem, co było lepsze – to, co wyprawiał na boisku LeBron James i Dwayne Wade (tak, niestety Knicksi przegrali, a tych, których wymieniam – to geniusze koszykówki z Florydy), czy to, co wyprawiali wokół nas kibice Knicksów. W promieniu kilku metrów ode mnie siedziało co najmniej czterech dodatkowych trenerów, którzy z wysokości czternastego rzędu usiłowali prowadzić swoją drużynę, doradzać w kwestii taktyki i ogrania „cholernych Heats’ów”. Takie rady udzielane w sytuacji, gdy niemal dwadzieścia tysięcy gardeł krzyczy „Beat the Heat” albo „De-fense” , wymagają od ich nadawców bezwzględnej ofiary – poświęcenia swoich strun głosowych. Słychać to było już po pierwszej kwarcie, ale jak się okazuje, można wrzeszczeć przez dwie godziny również ze zdartym gardłem. Obok samozwańczych trenerów, siedzieli też znawcy reguł koszykówki („zajrzyj do przepisów, durniu!) , eksperci od przyszłości („z tym idiotą nigdy nie wygramy!”) oraz psycholodzy amatorzy („nie możecie oddawać tak łatwo, do cholery”). Na pewno we wdzięcznej pamięci zachowam wspomnienie momentów, gdy zawodnicy Knicksów trafiali za trzy punkty, kiedy jeszcze żyła nadzieja na wygraną oraz reakcję sali na błędy sędziów (oczywiście tylko te odgwizdywane na niekorzyść „naszych”). Szczerze mówiąc, słowo ‘asshole’, na co dzień marna inwektywa, nabiera dodatkowej mocy, gdy łączy w sobie chóralny gniew tysięcy kibiców. Fantastyczna zabawa, super show i niesamowity poziom sportowego wyczynu. Warto to zobaczyć na żywo. Podobnie jak zupełnie nie warto kupować biletów do Muzeum Guggenheima bez wcześniejszego sprawdzenia, co szanowna dyrekcja akurat wystawia na jego spiralnym korytarzu. Za jedyne 60 dolców miałam okazję pokazać dzieciom sto sprasowanych blach z kolekcji niejakiego Johna Chamberlaina, co przypominało bardziej przejście przez złomowisko niż muzeum sztuki. Jego dzieła wyglądały jak motory po czołówce z tirem i może nawet mogłyby wzbudzić zainteresowanie, gdyby nie fakt, że zajęły miejsce w całym budynku. Na koniec usiłowałam dociec wśród obsługi muzeum, skąd taki pomysł na ekspozycję. Okazuje się, iż rzeczony artysta plastyk „ successfully translated Abstract Expressionism into three dimensions” , a my po prostu padliśmy ofiarą tego sukcesu.
czwartek, 03 maja 2012
Good old New York!!!
W Polsce egipskie upały, a w Nowym Jorku polskie chłody. Czy to normalne? Pamiętam majowe weekendy na Manhattanie jako najprzyjemniejsze fragmenty roku, w klimacie, który znany jest przecież z różnych, przykrych fanaberii. Odwiedzam to miasto po kilkuletniej przerwie i z radością obserwuję, jak się zmienia. Jest coraz lepiej i ładniej, mimo obecnego kryzysu i okropnego wejścia w nowe stulecie. Manhattan wygląda tak, jakby miał za sobą okres dziesięcioletniej prosperity i nigdy nie pojawili się tu fanatyczni szaleńcy za sterami uprowadzonych boeingów ani opętani mamoną bankierzy. Tylko na ulicach więcej policjantów. Na każdym kroku widać postęp –wyremontowane stacje metra, odnowione całe kwartały ulic, setki nowych budynków, sklepów i restauracji. I nowojorczycy, jak zwykle, uśmiechnięci, uprzejmi i mocno zabiegani. Nawet ci, którzy protestowali, idąc w marszu Occupy Wall Street - byli kulturalni i tolerancyjni dla tych, którzy szli w przeciwnym kierunku. Od razu poczułam się tu jak za dawnych czasów, czyli jak w domu. Szczególnie, gdy wjechaliśmy do Soho i nasze wejście do wynajętego mieszkanka przebiegło tak, jakby reżyserował je Woody Allen we własnej osobie. Gdy dotarliśmy na Mercer Street pod wskazany adres, powitał nas pies, szczający ze schodków przeciwpożarowych na piętrze wprost na chodnik obok, odklejona Kolumbijka na piętnasto- centymetrowych szpilach ze swoim podstarzałym i dowcipnym bojfrendem Mazurem. Jak twierdził jego rodzina przeprowadziła się do Ameryki w początkach XX wieku z ‘Mazuria’ i stąd jego nazwisko. Do tego wśród rekwizytów znalazły się dwa komplety niepasujących kluczy, a w scenariuszu zwiedzanie różnych pięter naszego budynku w poszukiwaniu właściwego apartamentu. Dodam, że nasz klucz pasował też do innych mieszkań. Poczułam się jakbym była na scenie dobrej komedii na Broadwayu. I o to chodzi. Always crazy New York!!! Piękny dzień, gdyby nie fakt, że od rana muszę się odcinać. Najpierw od poglądów mojego krewnego Filipa Libickiego na temat mniejszości seksualnych, a potem od gustu muzycznego moich rodaków, którzy wybrali jakiś żenujący kawałek na hymn Mistrzostw Europy. Mój syn ma pretensje do mnie, że go urodziłam w Polsce , a przecież mogłam w USA. Nie musiałby się wstydzić... No i co tu robić? ...
środa, 18 kwietnia 2012
O tym, że wszystkie drogi prowadzą do Szwajcarii....
Moja urocza koleżanka, Zosia, z którą miałam przyjemność kilkakrotnie pochylać się nad sensem życia w cieniu brazylijskiego mangowca i którą podziwiam szczerze za odwagę w kitesurfingowej konfrontacji z falującym żywiołem, przesłała mi dziś płytę ze zdjęciami. Wsadziła ją do książki, a następnie do koperty i nadała pocztą. Książka została przez Zosię wybrana nieprzypadkowo, bo kiedyś zdarzyło nam się o niej rozmawiać i stąd mam dziś jej angielską wersję w moim domu. Dzieło Maxa Frischa pt. „Homo Faber” już kiedyś trafiło w moje ręce, ale poza tym, że było świetne, niewiele z niego pamiętam. Dziś zerknęłam do pełnej błędów (jak słusznie przypomniał mój kolega Adam Synowiec) Wikipedii, żeby ustalić kiedy książka została napisana. Przy okazji dowiedziałam się, że jej autor urodził się w roku 1911 w Zurichu, gdzie spędził większość z 80 lat swojego życia. Wydało mi się to ciekawe, bo wczoraj właśnie wypożyczyłam z I-Tunes film „Niebezpieczna Metoda” opowiadający o związku Carla G. Junga z Sabiną Spielrein i Zygmuntem Freudem. Jung również spędził w Zurychu wiele lat i tam też umarł równo 30 lat przed swoim szwajcarskim rodakiem Frischem. Żeby było jeszcze ciekawiej – od kilku dni czytam wieczorami doskonałą biografię Einsteina pióra Waltera Isaacsona (niedawno opublikował bestseller o Stevie Jobsie), której też spore fragmenty opisują Zurych, gdzie Einstein studiował i starał się o pracę. Jung uważał, że sytuacje, które nam wydają się zupełnie przypadkowe, czyli tak zwane zbiegi okoliczności, często mają ukryty sens i wynikają z różnych praprzyczyn, które wcale przypadkowe nie są. Czy to, że moje rozmyślania wracają do Zurychu, coś oznaczają? Czy to zwykły przypadek, że wszystkie drogi ostatnio prowadzą do Szwajcarii? Przy okazji – polecam dzieło Isaacsona. Jego świetne pióro i talent do barwnego przedstawiania nawet najbardziej skomplikowanych zagadnień z zakresu elektrodynamiki i wyższej matematyki sprawia, że nawet taki politechniczny inwalida jak ja, jest w stanie ogarniać geniusz Einsteina i problemy naukowe, z jakimi się mierzył. Choć i tak najbardziej zapamiętuję to, jakim był człowiekiem. Niełatwym, podobnie jak Jobs, zresztą. Ale o tym przy następnej okazji...
wtorek, 17 kwietnia 2012
O różnych zakończeniach tej samej historii, czyli Bin Laden, Merah i Breivik w oparach absurdu..
Z namiętnością godną lepszego obiektu zainteresowania media relacjonują proces Breivika i przy okazji demonstrują schizofreniczne rozdarcie. Z jednej strony publikują szczegóły rozprawy w Oslo i okoliczności zbrodni, z drugiej zaś ubolewają nad etycznym aspektem nagłaśniania bredni norweskiego psychopaty. Materiał na ten temat we wczorajszych Faktach zwrócił moją uwagę krótkim, hipokrytycznym fragmentem. Kolega dziennikarz wyraził obawę, że na całym zamieszaniu mogą ucierpieć rodziny ofiar i media zastanawiają się, jak chronić ich uczucia. Mówiąc to, kolega filmowany był na tle setek innych kolegów i kamerzystów tłoczących się u wrót sądu. Gdy piszę ten tekst, jakiś kolejny redaktor przesłuchuje kogoś z Norwegii, na temat: „co nowego zabredził Breivik”. Wcześniej usłyszałam, że nawet mój ulubiony tygodnik „Polityka” posłał tam specjalnie swojego korespondenta. Redaktor Smoczyński miał dzisiaj okazję udzielić odpowiedzi na pytania – A co na to brukowce w Norwegii? Czy piszą? Publikują zdjęcia? Duże czy małe? Słucham radia i zastanawiam się, dlaczego komuś wydaje się, że mnie to obchodzi. Nie potrafię sobie na to pytanie odpowiedzieć, ale może to dlatego, że sama należę do nielicznej grupy anty-brukowcowych ekstremistów. Grupa ta wyznaje pogląd, że wszelkie Fakty, Superexpresy i temu podobne szmatławce, powinny być prawnie zakazane jako narzędzia rozpowszechniania kłamstw i psucia dobrych obyczajów, poprzez sprowadzanie ich do poziomu rynsztoka. Grupa ta nie została nigdzie policzona i zarejestrowana, ale mam poczucie, że nie jest mała. Przy okazji nasuwa się konkluzja dotycząca postępowania policji w starciu z terrorystami. Policjanci norwescy nie mieli wyboru. Breivik zaskoczył ich i poddał się w taki sposób, że nie szło go sprzątnąć. Zresztą kto wie, może w poprawnie politycznej Norwegii, policjant raczej zasłaniałby Breivika własnym ciałem niż pozwolił, by mu włos spadł z głowy. Nie tak dawno jednak były dwa przypadki innej reakcji służb specjalnych. Jak się okazuje, dużo skuteczniejsze, bo nie zakończone długim i absurdalnym procesem rozpowszechniania szaleństw. Przypadek francuskiego zabójcy Mohameda Meraha, który nie przetrwał negocjacji z policją i drugi jeszcze bardziej spektakularny – przeprowadzony pewnej majowej nocy przez oddział Navy Seals na obrzeżach pakistańskiego miasteczka Abbotabad. Te dwa wydarzenia w kontekście dzisiejszego szaleństwa nad Breivikiem mogą być dedykowane wszystkim tym, którzy martwili się, że wtedy nie dochowano demokratycznych procedur...
piątek, 13 kwietnia 2012
O góralskich reklamach i sprytnych sztuczkach smoleńskich....
Wysłałam wczoraj list do górala. Z wyrazami szacunku i poparcia. Góral nazywa się Andrzej Gąsienica- Makowski i jest starostą tatrzańskim. Urzęduje pod adresem starosta@tatry.pl (gdyby ktoś chciał pójść w moje ślady). Starosta właśnie wypowiedział wojnę przydrożnym reklamom, którymi są, za przeproszeniem, łobesrane, turystyczne wsie i miasteczka na Podhalu. Kilka lat temu odwiedziłam znany kurort w Beskidach, z którego niewiele pamiętam poza widokiem tego, co według jego mieszkańców zapewne uchodziło za skuteczny sposób reklamy usług, sklepów i pensjonatów. Billboardowy kicz dźwignią handlu – tak brzmiało motto reklamowego szaleństwa. Gdyby nie fakt, że od czasu do czasu góral musiał po asfalcie przejechać do urzędu albo do sąsiedniej wioski, to pewno i środek szosy zostałby naszpikowany metalowymi i plastikowymi szyldami, informującymi co, gdzie i za ile. Wydaje się, że nie ma żadnych przepisów, które regulują, co może zrobić na działce jej właściciel. Dlaczego? Bo to jego własność i obcym nic do tego. Tak sądzą również zacietrzewieni przeciwnicy starosty, którzy już mu wygrażają, wyliczając, gdzie może sobie swoje zarządzenia wsadzić oraz co sobie może nimi podetrzeć. Nie wiem, czy starosta odniesie sukces i czy przebije się do rozumu lokalnego kołtuna, który estetykę otoczenia ma za nic. Ale życzę mu sukcesu, z nostalgią wspominając urok i architektoniczny ład wiosek alpejskich. Tam tradycja piękna i prostoty ukształtowała się i utrwaliła zanim ich mieszkańcy zaczęli zarabiać na masowej turystyce. Może dlatego nie trzeba im tłumaczyć, że trzydzieści ohydnych, kolorowych blach różnej treści wygląda lepiej w formie ujednoliconej i dostosowanej do charakteru lokalnej architektury? A co robić jak u nas – ani charakteru ani architektury? Zamiast tego zasik kupa chętnych do capnięcia kupy dudków... I jeszcze jedno wydarzenie z dzisiejszego przedpołudnia warte odnotowania dla emocji, które wzbudza. Dawno nie pisałam o orbitującym prezesie, ale zobaczyłam go dziś w Sejmie, gdy po raz kolejny oskarżał Tuska i nie mogę sobie darować – To jest pańska wina. To wszystko, co wydarzyło się przed katastrofą, ta wojna, rozdzielenie wizyt... Nie byłoby katastrofy, gdyby nie było rozdzielenia wizyt – grzmiał na mównicy, jak zwykle korzystając z okazji, by wmawiać słuchaczom, że jest tylko jedna, PiS-owska wersja prawdy. Prezes i jego ludzie robią to w różnych mediach według tej samej metody. Jedynie słuszna teza jest przekazywana przy pomocy różnych socjotechnicznych sztuczek i językowych szpagatów. Przykładowo, najpierw się mówi, że na zamach nie ma dowodów, ale wszystko na to wskazuje. Kilka zdań dalej – zastrzeżenie „ale” już nie występuje. Zostaje zdrada, zamach i hańba. Zamach uzasadniony tym bardziej, że ofiarą padł prezydent tysiąclecia. W tym duchu na orbitę prezesa wleciał dziś na konferencji prasowej Antoni Macierewicz, komentując decyzję sejmu o odrzuceniu apelu do władz rosyjskich w sprawie zwrotu wraku. Otóż okazuje się, że dziś Sejm zdradził naród polski i zadecydował, by DOWODY ZBRODNI (!) zostały w Rosji. Sprytna zamiana słowa ‘wrak’ na ‘dowody zbrodni’ ma utwierdzać przymulonego słuchacza w przekonaniu, że Tusk z Putinem to mordercy. Im głośniej i częściej politycy PiSu krzyczą o zdradzie i hańbie, tym bardziej odsuwają w cień niewygodne dla siebie fakty. Podejrzenia o naciski na lądowanie w Smoleńsku, pamięć o incydencie w Gruzji i skandalicznym zachowaniu prezydenckiej ekipy wobec tamtego pilota, czy wreszcie wyborczy kontekst wizyty Lecha Kaczyńskiego w Katyniu – nikną w gazeto-polsko-codziennym jazgocie. Kto z otoczenia prezesa chciałby dziś powspominać, co wyprawiał Karol (a.k.a. melex-rider) Karski po powrocie z Tbilisi? Kto chciałby wrócić do kwestii zaproszenia na pokład samolotu tylu najwyższych rangą dowódców naszej armii po to, by podnieść prestiż prezydenckiej wizyty? Kogo interesują słowa, które słychać w kabinie pilotów tuż przed podejściem do fatalnego lądowania, informujące, że prezydent milczy w sprawie zmiany kursu samolotu... Nikogo, bo teza o zamachu do PiS-owskiej wersji świata pasuje najbardziej.
czwartek, 12 kwietnia 2012
Co gnębi Brazylijczyków, a co dręczyło Boba Marley’a, czyli jak trudno być w tym życiu szczęśliwym?
Jak się okazuje można stać na czele 200 milionowego narodu, mieć wzrost gospodarczy w czasie, gdy świat gnębi kryzys, do tego zapasy ropy warte paręset miliardów dolarów i 70 procentowe poparcie swoich rodaków, a i tak dostać kosza od prezydenta Stanów Zjednoczonych. Komentatorzy brazylijskich mediów z rozczarowaniem (lub rozpaczą) odnotowali, że Barack Obama nie znalazł wystarczająco dużo miejsca w swoim grafiku, by odpowiednio uhonorować wizytę Dilmy Rousseff w Waszyngtonie. Ich spotkanie było krótkie i poprzedzało jeszcze krótszą konferencję prasową. Wynikało z niej, że dogadali się głównie w sprawie złagodzenia opłat celnych na import cachasy (tradycyjnej wódki z trzciny cukrowej) do USA. Trochę mało jak na dwie największe gospodarki po tamtej stronie Atlantyku. Jeden z komentatorów Guardiana pisze, że ta nietaktowna krótkowzroczność Obamy jest rezultatem historycznych uwarunkowań w spojrzeniu Białego Domu na Amerykę Łacińską. Waszyngtońskie soczewki nie przefiltrowały jeszcze nowych parametrów i dlatego do Obamy nie dociera świadomość, że Brazylia staje się właśnie równorzędnym partnerem dla USA i już dawno przestała być terytorium zależnym gospodarczo, kulturalnie i finansowo. Ponad milion brazylijskich turystów, którzy odwiedzili Stany w roku 2010 – wydało w tamtejszych sklepach prawie 6 miliardów dolarów, (czyli około 5000 $ na łeb) co w zasadzie mogłoby skłonić Amerykanów do zniesienia wiz wjazdowych. Zamiast tego Hilary Clinton ogłosiła otwarcie dwóch nowych konsulatów (na razie są 4 na cały kraj) i pochwaliła się faktem, że w Sao Paulo na wizę czeka się tylko ...ponad miesiąc. Jakie z tego wnioski? Możemy się chyba pocieszyć, gdy wielcy tego świata traktują nas czasem per noga. Kraje ciut mocniejsze od nas też nie dają rady z polityką godnościową wobec dawnych imperialnych potęg, które mają dziś problem z przesterowaniem swojego myślenia i polityki zagranicznej. Przy okazji warto odnotować, że Barack dostał od Dilmy wysadzaną diamentami flaszkę cachasy wartą ponad 100 tysięcy dolarów. Nie mam pojęcia jak litr bimbru może mieć tak zawrotną cenę, ale być może wpływa na nią wyrafinowana oprawa. Tak czy owak, nic bliżej nie wiadomo, aby równie cenną pamiątkę z Białego Domu wyniosła Dilma. I jeszcze jedna interesująca wiadomość, która dotarła do mnie za pośrednictwem internetowych łączy. Dowiedziałam się właśnie, czym zadręczał się za życia Bob Marley. – Prześladowała go świadomość, że nie był czarny. – powiedział jego syn Ziggy Marley w rozmowie z Kevinem Macdonaldem, reżyserem nowego filmu dokumentalnego o legendarnym muzyku. – Stąd brało się poczucie wyobcowania i samotność mojego ojca. Jak się okazuje, to poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o własną tożsamość doprowadziło Marley’a do rastafarianizmu, odrębnego muzycznego stylu i w konsekwencji, do globalnej sławy i uwielbienia słuchaczy, które zdają się nie słabnąć, mimo upływu lat od jego śmierci. Należę do tych, których uwielbienie nie słabnie. Dorastałam w przekonaniu, że dzięki muzyce z Jamajki świat jest miejscem piękniejszym i przyjemniejszym w odbiorze. Informacja o tym, że ojciec Boba Marley’a był biały ma dla mnie takie samo znaczenie, jakie miałaby wiadomość, że, na przykład, lubił sok z mango, a nie znosił kolendry. Ale jak widać – Bob miał na ten temat inne zdanie...
niedziela, 01 kwietnia 2012
Czy poetka może wieść na pokuszenie?
Okazuje się, że może, czego doświadczam, czytając „Lektury nadobowiązkowe” Wisławy Szymborskiej, wypożyczone z biblioteki publicznej na Żoliborzu. Kusi mnie bowiem, by tę książkę „zagubić” i przynieść do biureczka pana bibliotekarza na Śmiałej dziesięć innych woluminów w zamian, po czym z pokorą poddać się karze finansowej, jeśli taka zostanie wymierzona na dokładkę. Taki podstępny plan mąci moje czyste sumienie od chwili, gdy okazało się, że pozycja ta jest niedostępna w księgarniach. Cała nadzieja w Allegro, który może ocali moją potępioną duszę. Mam w domu kilkaset pięknie oprawionych książek, niektóre z nich uznane za bestsellery, ale ta niepozorna lektura w pomarańczowej okładce z dwoma aniołkami w medalionie, mogłaby stanąć w szeregu tych najbardziej obowiązkowych i być klejnotem w kolekcji. Chociaż chyba najchętniej pozostawiłabym ją w stosie książek koło mojego łóżka, bo wtedy łatwo sięgnąć po nią przed snem. Czytałam w internecie dość zabawną recenzję tego zbioru felietonów poetki. Jej autorka skrytykowała wybór lektur – że nudne, nieciekawe, choć interesująco komentowane – co w sumie trochę wynagradza czytelnicze rozczarowanie. „Lektury” są warte czytania wyłącznie dlatego, że stają się pretekstem do inteligentnych, zabawnych rozważań Szymborskiej związanych (bliżej lub dalej) z omawianymi książkami. Nie tylko jest to okazja, by spotkać się z jej poglądami, erudycją i błyskotliwym humorem, ale przy okazji, by zachwycić się poetyckim spojrzeniem na język. Na przykład gdy pisze o publikacji Bernardha Jacobiego „Tajemnice świątyń i pałaców”, Szymborska zastanawia się nad luką w literaturze historycznej, czyli nieistniejącym działem książek, poświęconych trudnemu dziełu burzenia i niszczenia dorobku poprzedników, któremu to zajęciu, z zapałem i poświęceniem godnym lepszej sprawy, oddawały się przez wieki hordy wojowników i nieuzbrojonej gawiedzi. Wylano do dziś hektolitry atramentu na opisy sposobów budowania miast i świątyń, „natomiast sposobów zrównywania ich z ziemią nikt szczegółowo nie omawia. A przecież od jednego pchnięcia mury się nie rozlatują.”- pisze Szymborska i ma rację. Żeby zrównać z ziemią Kartaginę trzeba się było nieźle naharować. Plądrowanie Konstantynopola w XIII wieku przez krzyżowców też nie trwało jedną noc. Ile to wysiłku trzeba było włożyć, by na przykład zedrzeć wszystkie brązowe płyty pokrywające niegdyś kamienny obelisk w południowej części Hipodromu, albo żeby wywlec z miasta słynną „kwadrygę”, czyli czwórkę koni odlanych z brązu i przewlec ją na drugi kraniec ówczesnego świata, czyli na plac Św Marka do Wenecji. Z jakim trudem przez wieki „homo destructor”, jak określa go Szymborska, „rozbijał, obtłukiwał, łamał, deptał”, z jakim zapałem niszczył to, co ktoś inny zbudował, namalował czy wyrzeźbił. Echa tych rozmyślań można znaleźć w wielu jej wierszach. Felieton poświęcony ptakom pokojowym, których katalog trafił na biurko Szymborskiej w 1974, rozpoczyna takim stwierdzeniem: „Ptaki pokojowe tym różnią się od drobiu, że trzymamy je w klatkach wyłącznie dla estetycznej przyjemności. Rzecz jasna – naszej, o przyjemności ptaków skazanych na widok swoich właścicieli nic mi nie wiadomo.” A tekst o „Małym atlasie róż” kończy refleksją: „Podobno w czasach Konfucjusza w bibliotece cesarza było aż 600 dzieł o hodowli róż. W moim księgozbiorku znajdzie się ten jeden tylko albumik, jako wyraźny dowód, że nie jestem cesarzem chińskim.” Jeśli miałabym wybrać tylko jeden z tych felietonów jako najlepszą próbkę talentu Szymborskiej, to pewno byłby nią wykład o tym, dlaczego poeta nie czerpie przyjemności z naukowych wywodów historycznych, przeprowadzony z okazji wydania „Historii Bliskiego Wschodu w starożytności” Julii Zabłockiej. Mądre, piękne i godne polecenia. Właśnie się dowiedziałam, że na Allegro można to zamówić. Uff, kamień z serca...
sobota, 24 marca 2012
Dla Remka...
Wczoraj na blogu remigiusz-grzela.pl/ przeczytałam dobry 'dialog tramwajowy'. Ta rozmowa zainspirowała mnie do zamieszczenia 'dialogu targowego', czyli krótkiej wymiany poglądów na życie i wędliny, którą podsłuchałam w kolejce przy Hali Mirowskiej. - Pani kochana, tu trzeba kupować. Wczoraj mówili w Radiu Maryja, że oni wszędzie dorzucają tę modyfikowaną żywność, więc ja czytam nalepki. Jak coś jest z soją, to nie kupuję. Tu przynajmniej wszystko jest zdrowe - rozpoczyna otyła jejmość w wełnianej kurtce. - Ale ta polędwica to jakaś taka ogromna. Strasznie wielka. Może amerykańska? - zastanawia się podejrzliwie inna pani. - Pewnie, jak wielka to amerykańska, a nie ruska - wtrąca się pan stojący przed nią - Teraz jak coś jest duże w tym kraju, to na pewno nie ruskie. No chyba, że Pałac Kultury. - O, a ten to powinni już dawno zburzyć - obrusza się pani. - A w czym on pani przeszkadza? Myśli pani, że zburzyć takie coś, to łatwo? To kosztuje. - Ale on szpeci. - Co szpeci? A jak go wyburzą, to będzie dziura. - Niech pan nie żartuje, będzie trochę przestrzeni. - Jak się chce przestrzeni, to trzeba się na wieś wynieść, a nie w mieście mieszkać. - Nie każdy może zdecydować, gdzie chce mieszkać- broni się pani. - Teraz każdy wszystko może. Czemu pani nie? - Jak sprywatyzują służbę zdrowia i podniosą nam pensję, to wtedy może, ale nie teraz. - A kto pani kazał pracować w służbie zdrowia? Niech pani zmieni pracę. Teraz jak się chce, to można zarobić. Ja nie narzekam. A pani narzeka i pałac chce burzyć! - Chcę burzyć, bo brzydki. - Może obsadzić go bluszczem- wrzucam na wesoło. - Pani kupuje, bo już pani kolej - pan do mnie. - Poproszę, chleb razowy i pół kilo kiełbasy – mówię – Tylko niech pani wybierze jakąś dobrą, bez kości, bo ostatnio sprzedała mi pani z kością. - Kiełbasa musi być bez kości - zgadza się pan za mną - ma pani rację, dentysta teraz drogi…
wtorek, 20 marca 2012
Kościół na rozdrożu...
Dziś portal „Na temat” głosem Tomasza Lisa budzi arcybiskupa Michalika ze snu o Kościele, który jest atakowany przez hordy niewiernych, uzbrojonych w finansowe bicze, ustawowe działa i złe intencje. W tej oblężonej twierdzy trwają niezłomnie, nie mający sobie nic do zarzucenia, członkowie kościelnej hierachii. Obawiam się, że episkopatowi nie tylko budzik by się przydał, ale i kubeł zimnej wody. Może wtedy ktoś w tym szanownym gronie przetarłby oczy i zobaczył szereg problemów, przed jakimi stoi kościół, z których najmniejszym jest ten, dotyczący źródeł finansowania. Te problemy dotyczą, na przykład, jakości katechezy, kazań i katolicyzmu „prawdziwych Polaków”. Choć jestem osobą wierzącą i staram się wychowywać dzieci w zgodzie z nauką Kościoła, po roku doświadczeń wypisałam je z lekcji religii i posłałam na etykę. Powodem był żenujący poziom katechezy, która oferowana była w szkole równolegle z interesującym programem zajęć etyczno-filozficznych. Od lat uprawiamy z rodziną ‘churching’ ( tak to się podobno nazywa), czyli poszukujemy kościoła, w którym na mszy można by wysłuchać sensownego kazania. Bezskutecznie. A jeśli już trafiamy na duszpasterza, który ma coś mądrego do powiedzenia, to nigdy nie wiadomo, czy następnym razem nie pojawi się nagle jakiś świątobliwy gość z innej parafii, który streści ostatni egzemplarz „Głosu Niedzielnego” lub podpowie na kogo dziś zagłosowałby Jezus. I ostatni przykład dotyczący jakości naszego katolizyzmu. Na portalu „Wpolityce.pl” młody poseł PiS , niejaki Mastalerek Mariusz, broni swojego kościoła chwytając się najgorszych metod, które, gdyby znał historię lub był starszy, kojarzyłyby mu się z klasycznym stylem ubeckim. W swoim artykule zauważa, że Fundusz Kościelny zamyka Michał Boni, którego nazwisko znaleziono na liście TW. Na szczęście odważny członek PiS nie musiał nigdy sprawdzać swojego męstwa w warunkach bardziej bojowych niż podłe, szmatławe plucie na zaprzyjaźnionym z jego partią portalu. Smutne i żałosne, tak jak cały wywód młodego ignoranta. Błotem rzucić w kogoś, a coś się zawsze przylepi... chyba nie tego uczył ksiądz na religii... Od Kościoła odwraca się zatem nie tylko młodzież, ale i wierni, którzy coraz częściej rezygnują z udziału w mszach. Także znaczna część naszego społeczeństwa, która wierzy w Boga, ale niekoniecznie w wersji radiomaryjnej czy posmoleńskich krzyżowców.
wtorek, 13 marca 2012
Czynnik ludzki - co spaprał, a co jeszcze przed nim...
– Najsłabszym ogniwem każdego procesu technologicznego jest czynnik ludzki – powiedział dziś dyrektor Krajowych Dróg i Autostrad, tłumacząc, dlaczego popękały budowane autostrady. Okazało się, że robotnicy przed fajrantem nie zabezpieczali właściwie wylanych fragmentów dróg. Zamiast nacinać wierzchnią warstwę asfaltu, rżnęli jak popadnie, czyli dużo głębiej, zamiast chronić nawierzchnie, jeździli po nich czterotonowymi ciężarówkami, a na dodatek kładli kolejne warstwy na poprzednie, nie dbając o ich czystość. Z tego powodu na czterech odcinkach autostrad znaleziono pięćset pęknięć. Dużo czy mało? Nie wiem, ale usłyszałam, że można to naprawić. Wystarczy zalać szpary specjalnym klajstrem. Zawinił czynnik ludzki. Ten sam czynnik naprawi. Od pewnego czasu interesuję się kontrowersjami wokół technologii wykorzystanej przy wydobyciu gazu łupkowego. Podstawową wadą tej technologii jest stosowanie milionów litrów chemicznej substancji, która zatłaczana pod ogromnym ciśnieniem do ziemi, służy do szczelinowania. Część tej substancji wraca na powierzchnię, część zostaje w głębi. Oznacza to, że w całym tym procesie technologicznym trzeba się z tą chemią ostrożnie obchodzić. Jej migracja do ujęć wody, do rzek i jezior spowodowałaby nieodwracalne skutki. Trzeba ją zatem bezpiecznie magazynować, mieszać, oczyszczać, przewozić, pompować, wlewać i wylewać. Urzędnicy z Ministerstwa Środowiska zapewniają, że technologia jest super i nie ma się czym martwić. Oto cytat ze strony ministerstwa: „Naukowcy wykazali, że przy zastosowaniu wszystkich wymaganych prawem procedur i środków ostrożności ta działalność jest bezpieczna dla środowiska naturalnego. W żadnym z badanych elementów nie stwierdzono zagrożenia dla środowiska.“ Tyle, że procedury i środki ostrożności będą wdrażane przez czynnik ludzki. Ten sam, który ostatnio spaprał autostrady. No właśnie. Spapraną autostradę czynnik może w miarę szybko naprawić, spaprane wody – już nie…
wtorek, 06 marca 2012
Z życia rekinów internetowych...
Wszyscy wiemy, że naród nasz złośliwy jest i trudny, szczególnie ten zgromadzony w internetowej sieci, skryty za pseudonimami i wymyślonymi loginami. Niełatwo jest zaplanować i przeprowadzić akcję, która go pozytywnie wzruszy. Łatwiej wzruszyć stado rekinów. Przekonuje się o tym mistrz kajtowych wycieczek dalekomorskich Jan Lisiewski, którego wyczyn jest szeroko komentowany na różnych forach internetowych. Poniższy wpis oddaje ton większości z nich: ~Michał: głupota... propozycja na następny rekord to "przepłyniecie Pacyfiku na dętce od traktora wiosłując pokrywą od deski klozetowej" Jeśli Jan Lisiewski chciał stać się sławnym i podziwianym kajtowym wyczynowcem – to wybrał ryzykowną drogę. Postawił na dobry wiatr i szczęście. Zabrakło mu jednego i drugiego. Gdyby jeszcze zjadły go rekiny, może znalazłby zrozumienie wśród złośliwych internautów. Tymczasem z pomocą wielu ludzi, zaangażowanych w akcję ratunkową, ocalał i w dodatku udziela wywiadów. Opowiada o tym, jak przez prawie dwie doby dryfował na prowizorycznej tratwie, złożonej z deski surfingowej i latawca, tocząc walkę z jedenastoma rekinami. Ataki ryb odpierał, kłując je nożem, gdy podpływały od spodu. W wirze walki pewno nie przyszło mu nawet do głowy, że prawdziwe rekiny dopadną go dopiero w Polsce. Azor: Powinien odpowiadac za znęcanie sie nad zwierzetami. Dźganie zwierzat nożem po oczach tylko dlatego że nadgryzły latawiec? Prokurator powinien juz na niego czekac na lotnisku, gdy bedzie wracał do Polski. Za to grozi 3 lata więzienia (z art. 35 ustawy o ochronie zwierząt) !!!! MAX: Polska przeprasza okaleczone rekiny (chyba są pod ochroną) za Lisewskiego... Piotrek: Szkoda mi tych rekinow. Chcialy sobie po prostu zjesc w swoim wlasnym domu a tu nagle nozem w oko. Beda musialy żyć z tym do konca swoich dni. A funda dodaje : Wg ostatnio przeprowadzonych badań ustalono, że rekiny polubiły baranie mięso. Z rzadka na forum odzywa się jakiś głos w obronie Lisiewskiego: ~Rollo:Jednak facet wykazał się szaloną odwagą, że wybrał się w tę podróż. Kto z was by sie odważył? ~Macindula: eh, polaczki, polaczki, wy nienawistne bydlęta. w innych krajach ludzie na takich forach jak onet by się cieszyli i gratulowali gościowi, że wrócił w jednym kawałku. a wy tylko żółć przelewacie z zazdrości. (pisownia wpisów zgodna z oryginałem) Większość internautów uważa jednak, że Lisiewski powinien zapłacić za akcję ratowniczą i dać sobie spokój z podobnymi pomysłami, bo jak przewiduje niejaki prefiks1: Następnym razem pewnie zasłoni oczy skarpetą i będzie przebiegał w poprzek Marszałkowskiej. Sprawdzi, ile razy mu się uda. Taka adrenalina. Ci, którzy pomstują na bezmyślną brawurę kajtera, nie pomyśleli jednak o tym, że taki rejs z asekuracją w postaci motorówki też nie miałby sensu. Bo czegóż by dowodził? Że facet umie stać na desce i wahlować kajtem przez 10 godzin? Jaki z tego wniosek? Pływać przy brzegu i nie ryzykować spotkań z rekinem. Przecież w razie potrzeby jest on dostępny we wszystkich akwenach. Polskim też. A jak już decydować się na jakąś przygodę – to trochę pogłówkować na etapie planowania.
środa, 29 lutego 2012
O wyższości czeskiego pilznera nad małym poczuciem humoru...
Byłam wczoraj na przedpremierowym spotkaniu z twórcami sztuki, opartej na książce Mariusza Szczygła „Zrób sobie raj”. Kasia Adamik i Olga Chajdas, które rzecz reżyserują, zapowiadają premierę na 8. marca w Teatrze Studio. Jeśli sztuka będzie tak ciekawa, jak wczorajsze spotkanie, to dobrze wróżę. Mariusz Szczygieł – dyżurny czechofil Rzeczpospolitej albo, jak lubi siebie nazywać, kryptoczech, od lat zajmuje się badaniem zakamarków czeskiej duszy i tłumaczeniem jej na inne języki. Jego książki ukazują się w licznych przekładach na całym świecie. Spotkanie prowadził mój ulubiony i zaprzyjaźniony literat Remek Grzela, autor świetnego bloga, do którego zawsze warto zajrzeć, gdy życie trochę szarzeje. http://remigiusz-grzela.pl/ – Gdybym był głupi, to robiłbym dziś w Czechach za autorytet od wszystkiego – mówił na spotkaniu Mariusz Szczygieł, pytany o ogromną popularność, jaką cieszy się w Czechach – Ale staram się z tym walczyć i nie udaję, że znam wszystkie odpowiedzi. Czesi uznali, że polski dziennikarz opisuje ich i rozumie lepiej niż większość domorosłych pisarzy. Czytają „Gottland”, wystawiają jego sztuki i chcą wiedzieć, co o nich myśli. Wcale się im nie dziwię, bo i książki świetne i sam Szczygieł doskonały do słuchania. Wczoraj opowiedział piękny, bardzo czeski dowcip: Do piwiarni wchodzi trzech Czechów – jeden z Pragi, drugi z Brna a trzeci z Pilzna. Podchodzi do nich kelner i pyta: – Jakie piwo podać? – Oczywiście, najlepsze z najlepszych, czyli Praskie – mówi ten z Pragi. Na to odzywa się ten z Brna: – A dla mnie nektar bogów, czyli Starobrno. – A pan co zamawia? – kelner zwraca się do jegomościa z Pilzna. – Dla mnie cola. – Jak to? – chórem pytają koledzy – Nie zamawiasz piwa? – No, skoro wy nie zamówiliście.. (wersja MS troszkę się różniła, m.in. browar praski reprezentował zdaje się Staropramen, ale ja podaję dla tych, którzy nie codzień bywają w tamtejszych piwiarniach) Jak wielu wrocławian, jestem raczej nieuleczalnym przypadkiem czechofilii, co sprawia, że nie mogłam sobie odmówić spisania tego żartu. Zastanawiam się teraz, czy my mamy kogoś „z zewnątrz”, kto tak dobrze potrafiłby diagnozować nasze problemy i opisywać, co nam w tej polskiej duszy gra. Mamy? Czeszę pamięć i nie znajduję. Chyba byłoby to bardziej ryzykowne zajęcie, bo mamy dużo mniejszy dystans do siebie i najbardziej lubimy jak nas przedstawiają dobrze, czyli tak, jak to robi, na przykład, profesor Norman Davies. W jego książkach jesteśmy na ogół waleczni i niebezpieczni, a do tego niedoceniani i historycznie wydymani. Ale kto wie? Może znajdzie się kiedyś zagraniczny pisarz, który nam opowie o nas samych, a my w nagrodę – zakochamy się w nim.
niedziela, 26 lutego 2012
Jak mówić, by przemówić i dostać Oskara również...
... and the Oscar goes to... profesor Jerzy Bralczyk za świetny wykład o sztuce mówienia przed szerszym audytorium, wygłoszony dziś na sesji Akademii Przywódców Biznesu, organizowanej przez psychologa Jacka Santorskiego i jego współpracowników. Miałam przyjemność brać udział w tym wydarzeniu i rozpoczynać niedzielę od wspaniałej, intelektualnej uczty, podanej trochę w konwencji stand-up comedy. Monolog profesora był rytmicznie kontrapunktowany wybuchami śmiechu publiczności, którą tenże był łaskaw wprowadzać w świat dobrej retoryki. Jerzy Bralczyk w przekonujący i kompetentny sposób mówił – jak mówić, by być przekonującym i kompetentnym mówcą. Usłyszeliśmy, że jeśli chcemy być naprawdę usłyszani (!), nie możemy przemawiać, nie możemy też mówić do ludzi, ale raczej mówić ludziom. Powinniśmy przekazywać treść i znaczenia myśląc, czując i wyobrażając sobie to, co chcemy powiedzieć. Aby dobrze i wyraźnie to przekazać, musimy odpowiednio modulować nasz głos, tempo mówienia, dykcję, gestykulację i mimikę. Dopiero, gdy nauczymy się panować nad naszymi odruchami i świadomie zastosujemy je w praktyce, jednocześnie wyłączając (o paradoksie) świadomość naszej sprawności w tej dziedzinie – dopiero wtedy mamy szansę być odebranym jako mówcy uczciwi, kompetentni i zajmujący. Najprostszym sposobem, by wydać się uczciwym jest być uczciwym – mówił profesor – podobnie jest z kompetencją – dodawał, ilustrując przy okazji każdą tezę przykładami złych i dobrych zachowań przed publicznością. Wśród wielu interesujących wskazówek profesor pominął jednak tę, którą konsekwentnie demonstrował podczas całego wykładu. Naprawdę dobre przemówienie – skrzy dowcipem i dobrą anegdotą. Oczywiście pod warunkiem, że okoliczności są po temu stosowne. Jerzy Bralczyk pewno nie zebrałby na zakończenie długich, gorących braw, gdyby nie fakt, że z taką wirtuozerią potrafił rozbawiać swoich słuchaczy, czasem niemal do łez. Ale dar poczucia humoru to coś z czym przychodzimy na świat (lub nie), i pewno żadna akademia, choćby najlepsza, nas tego nie nauczy. Niewątpliwie Pan Bóg uśmiechał się szeroko, gdy obdarowywał profesora talentami. No i jak tu latać z Oskarem do innych?... Tak często jesteśmy zaględzani przy różnych okazjach przez ludzi, którzy tkwią w przekonaniu, że im dłużej, tym lepiej. Ileż to razy byłam na wykładzie, na którym po godzinie spoglądałam na zegarek i z rozpaczą stwierdzałam, że właśnie minął kwadrans. Mark Twain podobno kiedyś trafił na kaznodzieję, który tak dobrze przemawiał, że po kilkunastu minutach słuchania pisarz postanowił dać mu 20 dolarów. Gdy jednak kazanie przedłużyło się o kolejny kwadrans, Twain obniżył nagrodę do 10 dolarów. Po kolejnych piętnastu minutach, uznał, że to jemu należy się 20 dolarów ...w ramach rekompensaty. Przykłady udanych przemówień można bez trudu znaleźć w amerykańskiej polityce. Tam kandydaci na wyższe urzędy są poddawani retorycznym treningom i sparingom zanim wystąpią publicznie. Miałam okazję przekonać się o tym kiedyś w Davos, gdzie w kameralnym gronie słuchałam Johna McCaina, wtedy jeszcze „przyszłego” kandydata na prezydenta z ramienia Partii Republikańskiej. McCain rozpoczął swoje krótkie przemówienie od doskonałego dowcipu, którym natychmiast kupił sympatię swoich słuchaczy, po czym w czasie dziesięciu minut opowiedział jeszcze trzy zabawne anegdoty. A wszystko to na temat znaczenia amerykańskich sojuszników w Iraku. Na you tubie można posłuchać przemówienia Baracka Obamy wygłoszonego podczas uroczystego obiadu, gdzie głównym gościem był także jego ówczesny przeciwnik w wyścigu do prezydentury senator McCain. http://www.youtube.com/watch?v=UG-DYUy9Kp4
środa, 21 grudnia 2011
Děkujeme, Václave...
„Havla na Hrad doprovodilo přes deset tisíc lidí” - piszą Lidove Noviny pod zdjęciem smutnej, praskiej szarugi, która panowała dziś w stolicy Czech, gdy trumna z ciałem Wacława Havla była wieziona przez Stare Miasto na Hradczany. Zdaje się, że braciom Czechom przytrafiło się to, co bywa udziałem nas wszystkich, a przed czym przestrzegał ksiądz Twardowski krótką, trafną frazą. O tym, by nie spóźnić się z miłością i przyjaźnią, bo przecież czas płynie szybko. A życie to nie maraton, (jak powiedział inny mędrzec) i wszyscy kiedyś dobiegną. Dopiero, gdy ktoś dobiegnie, gdy zostaje wywołany do tego lepszego świata, zauważamy jak dużo miejsca zajmował w tym świecie. Tak, jakby dopiero nieodwołalność wyroku śmierci uświadamiała nam, jak bliska łączyła nas z tą osobą więź. Myślę, że wielu ludzi w taki właśnie sposób przeżywało odejście Jana Pawła II, a teraz Czesi palą znicze dla swojego mędrca, który chyba uważniej słuchany był u nas. Gdybym mogła, pojechałabym na pogrzeb Havla, bo żałuję go tak, jakby umarł mi bliski przyjaciel. Szlachetny, dobry człowiek, wiecznie krytyczny wobec siebie i tolerancyjny dla bliźnich. Myślę o dość wstrząsających słowach Havla, przywołanych ostatnio przez Mariusza Szczygła: "Trwa zwykle dość długo, zanim codziennie pogodzę się z tym, że żyję. (…)Rano najbardziej wstydzę się tego, że istnieję. W ciągu dnia to trochę mija i najwięcej pewności siebie mam wieczorem".
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Dyktatura łez...
Cały dzień z niedowierzaniem przysłuchuję się zawodzeniom zrozpaczonych Koreańczyków? Czy ich łzy są szczere, czy są raczej wyrazem przywiązania do własnego losu, marnego, ale lepszego niż to, co mogłoby grozić za jakiekolwiek oznaki pogodzenia się ze śmiercią ukochanego wodza? Krzysztof Mroziewicz mówi, że płaczą sztucznie, dlatego, by za chwilę nie płakać prawdziwie w jakiejś kopalni uranu albo innym kamieniołomie. Pojawia się jednak myśl, czy można płakać na zawołanie, lać łzy na rozkaz? Właśnie obejrzałam wiadomości i stwierdzam, że jednak na ogół łzy nie płyną. Wyją „na sucho”. Jedno jest pewne – Najdroższy Następca Najdroższego Przywódcy w przeciwieństwie do większości swojego narodu głodu nie cierpi. Jego tłusta twarz od rana na ekranach telewizorów wraz z pytaniem, co dalej Koreo?
sobota, 10 grudnia 2011
La Toma na festiwalu Watchdocs w Muranowie
La Toma, czyli Oblężenie, to film dokumentalny nakręcony przez Angusa Gibsona i Miguela Salazara, pokazany wczoraj w ramach festiwalu Watchdocs w Muranowie. Film powstał w 25. rocznicę ataku marksistowskiej partyzantki M-19 na Pałac Sprawiedliwości w Bogocie, który zakończył się spaleniem budynku i śmiercią ponad 80 osób (wszystkich partyzantów i wielu niewinnych cywili). Uzbrojeni guerillas weszli do budynku 6. listopada 1985 roku i wzięli około 300 zakładników, w tym kilkunastu sędziów Sądu Najwyższego Kolumbii. Ich założenie, że ówczesny prezydent Belisario Betancur zechce negocjować i spełni część ich warunków, okazały się całkowicie błędne. Już dwie godziny po ataku armia kolumbijska przystąpiła do ofensywy. Materiały archiwalne z tamtych wydarzeń ukazują jak jeden z czołgów wspina się po schodach monumentalnej betonowej budowli i wjeżdża do środka przez drewniane frontowe drzwi. W drzwiach odpala pierwszy pocisk. Cały czas odbywa się regularna wymiana ognia. Armia używa helikopterów, dział, granatów, żołnierze strzelają, choć w środku jest tłum ludzi. Wkrótce z niższych pięter budynku wydostaje się kilkaset osób, a partyzanci wraz z grupą kilkudziesięciu zakładników wycofują się na czwarte piętro. Ludzie uciekają w panice, wielu jest rannych, sanitariusze biegają z noszami, a w okolicy gromadzą się tłumy gapiów. Oblężenie trwa mimo rozpaczliwego apelu o zaprzestanie szturmu, wygłoszonego przez przewodniczącego sądu najwyższego. Armia ma okazję rozprawić się ze znienawidzonymi rebeliantami, którzy kilkakrotnie upokorzyli jej dowódców udanymi akcjami. Celem jest likwidacja wroga i cel ten musi być zrealizowany bez względu na koszty. W nocy w budynku wybucha ogromny pożar. Płoną tysiące stron dokumentów, dowody i akty oskarżenia narkotykowych baronów i wojskowych. Do dziś nie wiadomo, czy pożar został wywołany specjalnie, czy był dziełem przypadku. W filmie pada jednak teza, że demon terroru narkotykowych karteli, kojarzony z Kolumbią lat 90 tych, obudził się tamtej listopadowej nocy, gdy dowody ich wcześniejszych zbrodni zamieniały się w popiół. Ostatni etap oblężenia to regularna jatka, której ofiarami padają ostatni terroryści i zakładnicy. Kamera hiszpańskiej telewizji rejestruje jednak moment chaotycznego i pośpiesznego wyprowadzania z budynku kilkunastu osób. Narratorami w filmie są krewni tych ludzi. Opowiadają o tamtych dniach i o bólu, jaki im towarzyszy od tego czasu. Ich bliscy nigdy się nie znaleźli. Desaparecidos (zniknięci) – jak wielu innych w Ameryce Południowej w czasach rządów wojskowych dyktatur. Film jest nie tylko doskonałym zapisem dramatycznego epizodu; jest też jedynym możliwym sposobem dotknięcia jakiegokolwiek wymiaru sprawiedliwości, niemożliwej w żadnym innym wymiarze. Sprawcy tamtych wydarzeń nadal czują się bezkarni, a ludzie, którzy poświęcają całe życie, by im tę sprawiedliwość wymierzyć są mordowani, zmuszani do emigracji czy, w najlepszym razie, rezygnacji z pracy. Jedyne co w tej sytuacji może zrobić dziennikarz – to pokazać prawdę i wskazać winnych. Polecam.
niedziela, 16 października 2011
O zmęczeniu prezesa...
Dziś w Radiu Zet rzecznik PiS, Adam Hoffman, wyznał, że partia jeszcze nie ustaliła przyczyn kolejnej wyborczej porażki. Z pomocą przychodzi, jak zawsze niezawodna, profesor Staniszkis, która na portalu Onet.pl komentuje wpadki ulubionego prezesa: "Kaczyński powinien przeprosić za Merkel i nie brnąć w temat. Wystarczyło od razu powiedzieć, że nie miał nic złego na myśli i został źle zrozumiany, ale przeprosić. Sprawa zostałaby zamknięta." Problem chyba jednak w tym, że Kaczyński został dobrze zrozumiany i miał coś złego na myśli. Gdyby dziennikarze tego nie nagłośnili, a prezes dorwał się do władzy, „sprawa” zostałaby już wkrótce otwarta, podobnie jak wiele innych, które niewątpliwie prezes chętnie by pootwierał. Staniszkis jak zwykle, usprawiedliwia wpadki prezesa. Okazuje się, że "wymęczono go w ostatnim tygodniu kampanii." Jak? "Niepotrzebnie wożono Kaczyńskiego po całym kraju i kazano ściskać dłonie. Wsadzenie prezesa do pociągu, jazda po kraju przez osiem godzin, to też był absurd. Wymęczyli go podróżami po Polsce." Tę myśl należałoby twórczo rozwinąć. Gdyby ten kraj nie był tak męczący, prezes w ostatnim tygodniu byłby wypoczęty i PiS mógłby wygrać. Główną winę za męczący stan kraju ponosi obecna ekipa rządząca, która nie dość, że spaprała wszystkie obiecane reformy, to przy okazji utrudniła prezesowi prowadzenie skutecznej kampanii wyborczej. Zamiast męczyć się w PKP, podsumowuje Staniszkis, prezes powinien był przedstawiać Polakom “kandydatów do rządu - fachowców, którzy mają osiągnięcia i wiedzę” . Niestety naród pozostał pod wrażeniem, że ministerialne stanowiska czekają na Fotygę i Macierewicza, a kanclerz Merkel czeka dalszy łomot nad Wisłą, więc czym prędzej pobiegł zagłosować na PO.
poniedziałek, 10 października 2011
Boniek o naszej reprezentacji...
Tak smaczne, że musiałam to ocalić od zapomnienia. Początek wywiadu ze Zbigniewem Bońkiem z dzisiejszego wydania gazety "Polska the Times" : Oglądał Pan mecz reprezentacji Polski z Koreą? Można wiedzieć, co to za sprawy odciągnęły Pana od telewizora? Obiad jadłem...
wtorek, 04 października 2011
Horror czyli insynuacje prezesa
Odkąd pamiętam nie lubię horrorów. Głównie dlatego, że sceny grozy na długo zostają w mojej pamięci, skutecznie przeganiając sen. Wczoraj trafiłam na taki horror w programie publicystycznym Tomasza Lisa. Przez godzinę prowadzący gimnastykował się, próbując wydobyć od prezesa PiS informacje na temat prawdziwych poglądów i pomysłów na przyszłość. Kaczyński jednak potraktował to spotkanie jak pojedynek szermierski, w którym ważne jest, by wygrać z przeciwnikiem, przedstawicielem wroga w mediach, a nie przedstawiać swój program wyborcom. Oni i tak wiedzą, „o co chodzi”. Dlatego Kaczyński po raz kolejny odmówił podania nazwisk osób odpowiadających za gospodarkę w jego przyszłym rządzie, gdyby taki miał powstać. Z uśmiechem brzyduli-spryciuli, która swoje wie, stwierdził, że nie ma potrzeby prezentowania konkretnych osób, bo „ci, co na mnie będą głosować” znają odpowiedź. Niestety partia „odważnych” ma szansę wejść sporą siłą do parlamentu i tylko od nas zależy, ile władzy im oddamy.
niedziela, 02 października 2011
(g)Łupkowa euforia posła
Na fali (g)łupkowej euforii większość polityków i dziennikarzy czuje się zobowiązana do wygłaszania opinii na temat ekologicznych spisków niemiecko- rosyjsko-francuskich, które grożą całemu przedsięwzięciu. Słuchając tych wypowiedzi, można dojść do wniosku, że gaz łupkowy to cudowne panaceum na nasze kłopoty budżetowe, a wszelkie niepokojące informacje płynące z USA i Kanady o problemach z technologią stosowaną przez wielkie koncerny są preparowane w biurach Gazpromu, natomiast amerykańska Agencja Ochrony Środowiska prowadzi kompleksowe badania tej technologii z braku innych zajęć. Rozumiem, że przeciętny poseł nie zna się na tym, co mówi. Że często bredzi bez sensu, bo nie doczytał, nie interesuje się albo za źródło informacji ma drugiego, bredzącego obok w sejmowej ławie. Myślę jednak, że powinny być jakieś granice absurdu, serwowanego słuchaczom. Dlatego napiszę o tym, jeszcze raz, bo jak mówi mój kolega trzeba ludzi edukować. Może w końcu ta wiedza się przebije i nasi przedstawiciele w sejmie i rządzie zaczną myśleć, zanim rozpoczną kolejny seans zachwytów nad łupkiem. Do jednego odwiertu stosuje się średnio 50 milionów litrów wody z piaskiem i substancjami chemicznymi, toksycznymi i trującymi dla środowiska. Rakotwórcze acetony, benzeny, amoniak, fenol, tuleny czy chlorki metylu są m. in. na liście kilkuset stosowanych do wydobycia gazu. Firmy gazowe twierdzą, że dodawana chemia stanowi „tylko” 1 procent całej substancji. Jeden procent to w tym wypadku 500 tysięcy litrów, które trzeba bezpiecznie przywieźć na miejsce odwiertu, składować, mieszać, wlewać. Potem łączy się je z milionami litrów wody i pod ogromnym ciśnieniem wtłacza głęboko w ziemię. W pewnym momencie ta zabójcza mieszanina, wzbogacona o dodatkowe „bogactwa” (np. metale ciężkie, uran czy bor) wymyte podczas wędrówki przez podziemne szczeliny, wraca na powierzchnię. Dotyczy to, co najmniej, 20 procent substancji wlanych, czyli ok. 10 milionów litrów, które trzeba trzymać jak najdalej od wód gruntowych i środowiska naturalnego. To właśnie na tym etapie dochodzi najczęściej do skażenia i, jak tłumaczył mi profesor Anthony Ingraffea z USA, to z tą wracającą mieszanką firmy mają najwięcej problemów. Trzeba ją bowiem bezpiecznie składować i deponować. Recycling jest możliwy, ale bardzo kosztowny, co jak łatwo zgadnąć inwestorów nie zachęca. Jeśli ktoś uważa, że przy tej okazji poprawi się stan naszego środowiska, wody przybędzie, a zamieszkujący okolicę mieszkańcy staną się zdrowsi i ładniejsi – to albo nie wie, co mówi, albo kłamie. Tych, którzy uważają, że nasze instytucje są świetnie przygotowane do kontrolowania sposobów wydobycia cennego surowca na obszarze jednej trzeciej naszego kraju ze smutkiem odsyłam do ostatniego Superwizjera. http://superwizjer.tvn.pl/52144,gaz-lupkowy--kulisy-intratnych-inwestycji,aktualnosc.html
wtorek, 19 lipca 2011
Na grillu i z tortem na deser...
Oglądałam dziś show na żywo z brytyjskiej Izby Gmin, czyli przesłuchania osób zamieszanych w aferę podsłuchową gazety „News of the World”. Pewno jutro napiszą o tym wszystkie gazety, bo przecież nie często zdarza się oglądać parlamentarzystów grillujących Ruperta Murdocha i jego syna. Władcy imperium kilkakrotnie mieli kłopot ze znalezieniem sensownych odpowiedzi na postawione pytania. Na przykład, dlaczego News International kilka lat temu sponsorował doskonałych prawników w procesach swoich dziennikarzy, oskarżonych o łamanie prawa. Jeśli ich pracownicy postępowali wbrew szlachetnemu kodeksowi, do którego rzekomo brukowiec aspirował, i robili to bez przyzwolenia swoich szefów, to dlaczego korporacja broniła ich za wszelką cenę. Czy ceną może było ich milczenie? Stary Murdoch wydaje się kompletnym demencjuszem, który zdecydowanie powinien pomyśleć o emeryturze, chyba, że była to tylko strategia przyjęta na dzisiejszy występ. Nie dosłyszał i nie jarzył (jakby powiedział mój syn), a zapytany o odpowiedzialność – udał, że nie wie o co chodzi. „Nie poczuwam się do winy, niech płacą ci, którzy nas zdradzili” – mówił, zasłaniając się niewiedzą. W przerwie dostał za to tortem w twarz od jakiegoś szaleńca, który wdarł się na salę rozpraw. Trochę unurany, poniżony, wyzuty z marynarki – Murdoch kończył swój występ w aurze męczennika. Z kolei szefowa „News of the World” Rebeka Brooks zwróciła moją uwagę gawędą o częstych wizytach na Downing Street w domu premiera. Z rozbrajającą szczerością zapewniała, że ich rozmowy były "jak najbardziej właściwe". Zastanawiam się, jak można patrzeć rządzącym na ręce, gdy się te ręce stale potrząsa w serdecznym uścisku? To tajemnica pani redaktor. Dla mnie najbardziej fascynujące było jednak obserwowanie pracy angielskich posłów. Reprezentowali różne partie i frakcje, ale przez cały dzień, ani razu nie było między nimi potyczek, które mogłyby przynieść im doraźne korzyści polityczne. Przyszli do parlamentu z konkretnym zadaniem, przygotowani i skupieni na wyjaśnieniu sprawy. Kwestie proceduralne, które w naszych komisjach są narzędziem do wzajemnego „naparzania się po głowie” po prostu nie istniały. Miło było patrzeć, jak wygląda demokracja parlamentarna ćwiczona parę lat dłużej niż u nas. Trochę mniej miło było Anglikom, którzy wg relacji znajomego londyńczyka, są nadal w szoku. „Pewnego wieczoru zasnąłem w Anglii, a obudziłem się we Włoszech Berlusconiego. Kompromitacja mediów, policji i polityków w jednym momencie na taką skalę - dramat...”
piątek, 15 lipca 2011
Superpatrioci są wśród nas...
Lektura ostatnich tekstów Piotr Zaremby na temat treści przemówienia prezydenta Komorowskiego w Jedwabnem stawia czytelnika przed ograniczonym wyborem – albo autor nie czyta ze zrozumieniem, albo wykazuje się złą wolą. Ewentualnie jest superpatriotą, w przeciwieństwie do tych, z którymi polemizuje. List, nad którym pastwi się Zaremba, jest, na szczęście, dostępny na stronie Kancelarii Prezydenta RP. Myślę, że każdy średnio inteligentny uczeń gimnazjum jest w stanie zrozumieć intencje tego apelu. Jest w nim ból i współczucie dla ofiar oraz potępienie dla sprawców zbrodni przy jednoczesnym podkreśleniu (wielokrotnym), że choć byli naszymi ziomkami, to ich postawy nie można uznać za reprezentatywną dla całego narodu. „Zbrodnia ta – czytamy na stronie kancelarii - wydarzyła się w nieludzkich czasach II wojny światowej, gdy nie było tutaj państwa polskiego, zniszczonego agresją dwóch totalitaryzmów we wrześniu 1939 roku. (...) Ci , ludzie sprzeniewierzyli się Rzeczypospolitej, podpalili jej wielowiekowe ideały dumną tradycję kraju, który nazywano kiedyś w Europie państwem bez stosów” i dalej „ z szacunkiem i wdzięcznością myślimy równocześnie o tych Polkach i Polakach, którzy w tym straszliwym piekle wojny i zniszczenia nieśli pomoc Żydom. (...)Ratowali ich udzielając im pomocy i schronienia. Wielu, niekiedy całe rodziny, zapłaciły za to najwyższą cenę..” Z sympatii do Piotra Zaremby przedstawiam przekład kilku powyższych zdań z polskiego na polski. W swoim liście prezydent Komorowski: a) w wyważony sposób, tak by nie urazić rozgrzanych patriotycznym ogniem sumień, opisuje kontekst sytuacji, w której doszło do zbrodni w Jedwabnem, b)mówi o tym, że państwo polskie było wtedy okupowane i pozbawione swoich podstawowych struktur c) przypomina, że sprawcy sprzeniewierzyli się wyznawanym przez nie zasadom, również tym, którymi kierowały się tysiące Polaków, pomagającym Żydom w czasie wojny i d) wyjaśnia, że równocześnie gdy jedni przystawiali płonące pochodnie do ścian stodoły, inni płacili życiem za pomoc prześladowanym. Może jednak nie chodzi o zrozumienie sensu. Może dla superpatrioty Zaremby to za mało, bo wszystko blednie wobec zdania, któremu sam nadaje największy rozgłos, czyniąc z niego, niesłusznie, podstawową tezę listu – „Polacy będąc narodem ofiar bywali też sprawcami”. Sprawcami Holokaustu – tłumaczy intencje prezydenta Zaremba, który najpierw sam dopisuje znaczenie, a potem jak rzep czepia się tego sformułowania i poddaje je procesowi dogłębnej analizy, prześwietlając jego znaczenie w odblasku własnych kompleksów. Podobnie jak Zaremba - z przyczyn metrykalnych chociażby - nie mam podstaw, by czuć jakikolwiek związek ze sprawcami zbrodni w Jedwabnem. Jednak nigdy nie bolało mnie, a wręcz przeciwnie odczuwałam pewną dumę z tego, że przedstawiciele naszego narodu, (w przeciwieństwie do wielu innych, sąsiadujących z nami na tym skraju Europy, tak boleśnie doświadczonym przez historię ubiegłego wieku) potrafią się zdobyć na mądrość publicznych przeprosin. Nie miałam z tego powodu poczucia, tak jak redaktor Rzeczpospolitej, że „systematycznie umniejsza to zbiorowe zasługi Polaków i że nie byliśmy narodem bohaterów” . Nawet do głowy mi nie przyszło, że „taki zabieg ma nam pojęcie narodu czy patriotyzmu zohydzić, na trwałe skojarzyć z tym, co najobrzydliwsze”. Szczerze mówiąc, nie umiem sobie tego typu wniosków wytłumaczyć inaczej niż tylko jakimś mega-kompleksem, który musiał się Zarembie wykształcić w boju na prawej flance naszej sceny politycznej. Te odczucia prowadzą Zarembę do wniosku, że skoro nasze państwo było wtedy zniewolone, a „zbrodnia w Jedwabnem była dziełem konkretnych, samowolnie działających grup” – to nie można przepraszać za nią w imieniu narodu. Przykłady USA i Australii, które przepraszały Japończyków i Aborygenów tylko wspierają tą tezę, bo „w tamtych przypadkach mieliśmy do czynienia z winą państw działających za zgodą obywateli, a na pewno ich reprezentantów.” Ciekawi mnie, jak zatem Zaremba wytłumaczy nasze zabiegi i żądania oficjalnych i usankcjonowanych przeprosin od narodu i władz rosyjskich za zbrodnię w Katyniu. Nie chcę porównywać skali tych dwóch tragedii, ale czy stalinowscy siepacze z NKWD– działali za zgodą swoich obywateli, lub ich reprezentantów? Czy wtedy w ogóle ktoś zwykłych ludzi pytał o zdanie? Mam jednak wrażenie, że odczuliśmy dużą ulgę, gdy za Katyń przepraszał Jelcyn oraz rozczarowanie, gdy nie dość pokornie ustosunkował się do tej zbrodni Putin. Może jednak chodzi tu przede wszystkim o to, by nie zmarnować żadnej okazji i zwyczajnie Komorowskiemu przyłożyć. By w opinii publicznej utrwalać jego obraz jako prezydenta- uzurpatora, nie potrafiącego pilnować naszych żywotnych interesów, bo z gruntu niepolskiego. „Komoruski” nie jest patriotą prawdziwym, bo narodu nie broni, a wręcz współdziała z twórcami „anytpolskiej kampanii” rozpętanej na świecie , która ma na celu uczynienie z nas współsprawców Holocaustu. Wystarczy udać, że jego list miał inną treść, że się go nie rozumie, gdzieś coś dodać, coś odjąć, a „ciemny lud to kupi”. Lud już to kupił - wystarczy przeczytać serię komentarzy w sieci do tekstu Zaremby. „To bardzo tragiczna sytuacja, w której Polska znalazła się nad skrajem przepaści żydowskiej zachłanności. (...) Nie może być takiej sytuacji,w której wszystkie węzłowe urzędy Polski obsadzone są Żydami ukrytymi pod polskimi nazwiskami lub też ostentacyjnie występujący pod egidą syjonizmu. Dlatego gorąco popieram tekst autora jako jedną z nielicznych prób i szans walki o Polskę i jej patriotyczną tożsamość.” To pierwszy z brzegu przykład zatroskania „ludzi prawicy” którzy, jak zauważa Zaremba, „tak bardzo boją się kolejnych rytuałów przeprosin”.
niedziela, 10 lipca 2011
Brukowiec na swoim miejscu...
...czyli na bruku... „News of the World” skonał dziś na oczach świata wydając finałowy numer, który jak przystało na uroczysty nagrobek, raczej o chwilach triumfu niż wpadkach. Trzeba jednak przyznać, że napisanie na swojej stronie internetowej „The world’s greatest newspaper 1843 – 2011” jest dowodem niezłego tupetu w kontekście wyczynów tego pisma w czasie ostatnich 5 lat. Mogli przynajmniej uściślić daty i zakończyć na 2006, gdy zabrali się za podsłuchiwanie ludzi. 168 lat na rynku to rzeczywiście kawał historii i tym bardziej przykre jest to, że znajduje ona tak żenujące zakończenie. Na którejś ze stron gazeta cytuje czytelnika „Anglia już nigdy nie będzie taka sama...” „Będzie” – odpowiedział komentator Guardiana, Charlie Brooker. Jeden brukowiec mniej, tym lepiej dla rynku mediów – stwierdzam jako zadeklarowany wróg takich produkcji.
czwartek, 07 lipca 2011
Nic nie zdarza się przypadkiem...
Czytam właśnie książkę Tiziano Terzaniego pt. „Nic nie zdarza się przypadkiem”, którą polecał mi już dawno temu przyjaciel. Wtedy go nie posłuchałam, ale wierzę, że trafiła do mnie we właściwym momencie. Tiziano jest włoskim dziennikarzem, specjalizującym się w tematyce dalekowschodniej, znanym i cenionym autorem książek i publikacji. Kilka lat temu jego życie zmieniła diagnoza lekarska, która brzmiała jak wyrok. Terzani zachorował na raka. Najpierw poddał się terapii w najlepszej nowojorskiej klinice onkologicznej, a potem wrócił na Daleki Wschód, gdzie kontynuował leczenie swojej duszy i tego, co się wymyka uzbrojonym w skalpel i tomograf przedstawicielom medycyny zachodniej. Podróż do zdrowia stała się okazją do napisania pięknej, pełnej humoru opowieści o spotkanych ludziach, zasłyszanych lub przeczytanych historiach i o mądrości innych cywilizacji. Terzani nieustannie zestawia i analizuje dwa nurty w medycynie. Jeden, przynależący do wysoko rozwiniętej cywilizacji zachodniej, oparty na osiągnięciach naukowych i wierze, że każdy z nas to tylko skupisko mniej lub bardziej zdrowych komórek. Ten nurt, skoncentrowany na leczeniu konkretnej jednostki chorobowej, zawężający terapię zdiagnozowanej patologii do środków i instrumentów produkowanych i rejestrowanych przez koncerny farmaceutyczne, z reguły odrzuca wszelkie alternatywne sposoby leczenia. Jest też i drugi – oparty na tradycji, wielowiekowej mądrości przekazywanej sobie w obrębie cywilizacji innych niż nasza, obejmujący raczej niż wykluczający i oparty na wierze, że w naszym leczeniu najważniejszym partnerem jest nasz własny umysł, stan świadomości i to, co ją w określony sposób pobudza. I takie piękne anegdotki, jak ta o Dalajlamie, który na wieść o chorobie Terzaniego przesłał mu przez zaprzyjaźnionego dziennikarza podarunek, czyli szal „kata”, na którym skoncentrował swoją dobrą energię. Wręczając go pośrednikowi, dodał: - Gdyby moje błogosławieństwa nie wystarczyły, proszę mu powiedzieć, żeby brał też wszystkie lekarstwa, które mu dają... Wciąż ten sam – pisze Terzani- wielki w swej prostocie, ironiczny także w odniesieniu do własnej osoby i obdarzony tym, co Anglicy nazywają „common sense”.
niedziela, 03 lipca 2011
Tytułem wyjaśnienia...
Rafale, Przeczytałam Twój komentarz i choć zgadzam się z Twoją tezą o prawie Strauss- Kahna do uczciwego procesu niestety nadal mi go nie żal. Trochę się muszę pobronić, choć zdaję sobie sprawę, że masz sporo racji. Pierwszy i podstawowy morał z tej sprawy możnaby zapisać na dużym billboardzie pt. Nie osądzaj zanim nie zrobi tego sąd! Pozory często mylą i łatwo można kogoś skrzywdzić! Tyle billboard - ale przecież to też prosta kalka. W procesie, gdzie jedynym dowodem w sprawie są słowa - jego i jej - wiarygodność jest podstawą. Jej brak - miażdżącą okolicznością. Jest jednak jeszcze szereg innych okoliczności, które przy okazji zostały ujawnione i które wpłynęły na mój brak empatii w stosunku do DSK. W całym tym zaplątaniu najgorsze jest jednak to z czym też się nie zgadzasz, że teraz będą się na niego powoływać. Niezależnie od tego, ile to porównanie będzie miało sensu i uzasadnienia zobaczysz, że ta sprawa stanie się głośnym precedensem wykorzystywanym przez oskarżonych o molestowanie. I za to pani z Gwinei należy się solidny kop w zad... |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Tagi
|